Nie myślę, by miało to jakikolwiek wpływ na walkę o mistrzostwo Anglii (w ciągu 11 spotkań trzeba by odrobić jeszcze 12 punktów), ale w kwestii trzeciego miejsca wiele się wczoraj wyjaśniło: po porażce Tottenhamu i remisie Manchesteru City Chelsea zdołała zwyciężyć, a trzeba pamiętać, że zarówno Tottenham, jak i MC, mistrzowie Anglii będą jeszcze podejmować na Stamford Bridge.
Wiadomo, że Chelsea i jej menedżer potrzebowali tego sukcesu. Moim zdaniem, zwłaszcza walką w drugiej połowie, na niego zasłużyli – choć z pewnością pomogło im nierówne sędziowanie Martina Atkinsona. Oglądałem mecz z przyjemnym poczuciem świeżości: oto dwie drużyny grające generalnie w ustawieniu 4-4-2, zostawiające rywalom sporo miejsca i niemal w każdym sektorze boiska sprowadzające pojedynek zespołowy do indywidualnego (Fletcher-Cole, Evra-Ramires, Nani-Ivanović itd., itd. – gdzie nie spojrzeć, jeden na jednego…). Oto spotkanie najwyższego kalibru toczone w tempie tak szybkim, że odnosiło się wrażenie, iż obaj menedżerowie motywowali piłkarzy „metodą Redknappa”: zamiast szczegółowych instrukcji taktycznych, krótkie błogosławieństwo dla inwencji i swobody.
Tempu przypisuję właśnie błędy sędziego – powiedzmy od razu, że dające korzyść obu stronom. Karny dla Chelsea był bodaj tak samo dyskusyjny, jak przewinienie Luiza w polu karnym MU z drugiej minuty (Atkinson nie uznał wówczas bramki po uderzeniu, jeśli dobrze zapisałem, Lamparda) – ale moim zdaniem jednak do zagwizdania. W pierwszej połowie była też ręka Terry’ego we własnej szesnastce – nastrzelona, ale nie przy ciele. Z pewnością za drugą żółtą kartkę powinien był wylecieć Luiz po faulu na Rooneyu – gdyby tak było, nie pisnąłbym słowa o takiej samej karze dla Vidicia w końcówce. Rozumiem furię Fergusona, że jego kapitan nie będzie mógł zagrać z Liverpoolem, ale czy menedżer MU nie może mówić o szczęściu, że z Chelsea zagrał Rooney, skoro w meczu z Wigan należała mu się czerwona kartka? Ile by nie wylać atramentu w narzekaniach na sędziowskie pomyłki, jestem przekonany, że pod koniec sezonu one się mniej więcej zerują: wczoraj sędzia nas skrzywdził, to jutro inny nam pomoże. Taki sport.
Trzy zdania chciałbym poświęcić trzem piłkarzom Chelsea, których uważam za współautorów zwycięstwa. Po pierwsze, Essienowi, z dawną siłą w odbiorze i precyzją w rozgrywaniu. Po drugie, Ramiresowi, który z meczu na mecz gra coraz lepiej, biega do upadłego między polami karnymi i coraz lepiej podaje. Po trzecie, Davidowi Luizowi, który już w debiucie z Fulham zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, a tym razem, gdyby nie ta zdumiewająca fryzura, mógłbym go pomylić z jednym z legendarnych wyspiarskich stoperów, jakimś Hansenem czy Adamsem, tak świetnie się ustawiał, tak dobrze odbierał piłki, tak znakomicie znajdował się w polu karnym rywala; chciałoby się powiedzieć, że nawet jego faule były do bólu angielskie.
W sumie był to jeden z meczów sezonu. Dla Chelsea, targanej wewnętrznymi ruchawkami, ogromnie ważne zwycięstwo ze względu na morale drużyny, przyszłość menedżera i fakt, że przez następnych parę miesięcy będzie jeszcze o co walczyć. Gdybyż jeszcze Torres przypomniał sobie o strzelaniu bramek, tak jak przypomniał sobie Rooney…
PS Alasz, odpuść, jako gospodarz bardzo o to proszę. Zrób sobie wielkopostne postanowienie komentowania co trzeci raz, kiedy przyjdzie Ci na to ochota. Jest za ostro i zbyt konfrontacyjnie, naprawdę.
Skomentuj ~jareko17 Anuluj pisanie odpowiedzi