I znaleźliśmy się w wieku, trudna rada, że się człowiek przestał dobrze zapowiadać – mógłby śpiewać Steven Gerrard, bo o jego pożegnaniu z Premier League było dziś najgłośniej. Ale za to z drugiej strony cieszy się, że się również przestał zapowiadać źle, jak nie przymierzając wojujący z władzami najważniejszego klubu jego życia Raheem Sterling. Czy bez kapitana Liverpoolu (ale też bez Franka Lamparda, Didiera Drogby, Brada Friedela, Jussi Jaskalainena, Sylvaina Distina) nasza ukochana liga stanie się pusta i szara, jak nie przymierzając nasze życie bez niej w ciągu najbliższych trzech miesięcy? Pisałem już masę razy, że w świecie kibica liczą się wyłącznie czas przeszły i przyszły: żyjemy pięknymi wspomnieniami i fantazjujemy o przyszłości; wspominamy (jeśli już trzymać się przykładu Liverpoolu), jak Gerrard przed dziesięcioma laty przewodził swojej drużynie w trakcie niezapomnianego meczu w Stambule, i czekamy jak rozwinie się talent Jordona Ibe’a – bo przecież nie Raheema Sterlinga…
Przyznaję: zamyślałem dziś wpis na zupełnie inny temat, ale w tych okolicznościach trudno nie mówić o Liverpoolu i trudno nie zastanawiać się nad jeszcze jednym możliwym pożegnaniem: z Brendanem Rodgersem. Choć jeszcze niedawno mówił, iż jest „na 150 procent” pewny, że poprowadzi drużynę w przyszłym sezonie, ostatnich kilka tygodni i miesięcy każe w to wątpić. Pomijając nawet dzisiejszą katastrofę w Stoke, i pomijając kompromitującą – zważywszy na symboliczne okoliczności ostatniego występu Gerrarda na Anfield Road – ubiegłotygodniową porażkę z Crystal Palace, zła passa tej drużyny trwa znacznie dłużej i obejmuje przegrane z MU, Arsenalem i zdegradowanym dziś Hull, a także wpadkę z Aston VIllą w Pucharze Anglii. To właśnie mecz z podopiecznymi Tima Sherwooda wydawał się szansą na uratowanie sezonu, w którym ani nie udało się wyjść z grupy w Lidze Mistrzów, a potem zawojować Ligi Europejskiej, ani obronić miejsca w pierwszej czwórce Premier League: finał Pucharu Angliii mógłby dostarczyć Rodgersowi jakiegoś argumentu w rozmowie z właścicielami klubu, ale okazuje się, że zabrakło nawet tego.
Co więcej: w trakcie tych ostatnich tygodni można było dojść do wniosku, że trener Liverpoolu stracił jasną koncepcję składu i ustawienia (Emre Can jako prawy obrońca? już eksperyment z ustawianiem go na środku obrony był wystarczająco odważny…; Coutinho i Lallana w ataku na Stoke? tak jakby w tym klubie nie było już ani jednego napastnika…). Że nie potrafił umotywować drużyny, która z ostatnich jedenastu meczów przegrała sześć. Że jego piłkarze nie walczyli tak, jak oczekiwałoby się od dziedziców jednej z najwspanialszych tradycji w historii klubowego futbolu. Że przegrał propagandowo-wychowawczą walkę o zatrzymanie Sterlinga. Że w takiej sytuacji przeprosiny, które wygłosił na dzisiejszej konferencji prasowej, zwyczajnie nie wystarczą.
Liczby, z którymi jesteśmy właśnie konfrontowani, są bezlitosne: 52 gole w sezonie, przy 101 strzelonych rok temu; 6:1 na Brittannia Stadium to najwyższa porażka w historii występów Liverpoolu w Premier League – od czasu klęski 7:3 z Tottenhamem w 1963 r. drużyna nie przegrała tak wysoko ani razu. Wszystkiego nie da się wytłumaczyć odejściem Suareza i kontuzjami Sturridge’a, zwłaszcza że na ich zastępców wydało się sto milionów i że niemal każdy z tych zastępców (ze szczególnym uwzględnieniem Balotellego i Lovrena, ale do Moreno, Markovicia, Lamberta i Lallany też można by mieć pretensje) okazał się rozczarowaniem. W tej kwestii wypada być konsekwentnym: skoro uznawało się za nieporozumienie zarówno rządy Roya Hodgsona, jak Kenny’ego Dalglisha, wypada przyznać, że w trakcie ich pracy na Anfield nie widziało się gry aż tak straszliwej, jak dziś w ciągu pierwszej połowy.
Wniosek (żeby na koniec wrócić ponownie do Kabaretu Starszych Panów)? Choć osobiście nie znoszę kultury niecierpliwości, która prezesowi Realu każe np. rozważać zwolnienie Carlo Ancelottiego (po dwóch latach pracy, z wicemistrzostwem i minimalną przegraną w półfinale Ligi Mistrzów, ale z wygraną przed rokiem), rozumiem, że z perspektywy władz Liverpoolu sytuacja może wyglądać inaczej. Przez trzy lata dawali Rodgersowi wsparcie – także finansowe; jeśli zechcą powiedzieć „sprawdzamy”, nie będę się dziwił. Zwłaszcza jeśli udało im się dodzwonić do Jurgena Kloppa.
PS To tak na szybko, czekając na wieczór wyborczy. Solidniej podsumowywać Premier League będziemy w najbliższych dniach, tu i na Sport.pl. Zaglądajcie po informacje na Facebooka.
Skomentuj pablo Anuluj pisanie odpowiedzi