Tak jak ewentualna przegrana Tottenhamu w wyścigu o czwarte miejsce w tabeli nie rozstrzygnęła się podczas dzisiejszego meczu na Anfield Road (jeśli już, to podczas meczów ze Stoke, Wolves i Hull, rozgrywanych i niewygrywanych na White Hart Lane), tak kryzys Liverpoolu nie skończył się na tej wygranej (tak samo jak nie skończył się jesienią, po równie zasłużonym zwycięstwie nad Manchesterem United). Co nie znaczy, że ten wynik nie ma dla obu tych drużyn żadnego znaczenia, skoro w przedsezonowych typowaniach większość kibiców i jednej, i drugiej strony, i tak obstawiłaby zwycięstwo Liverpoolu. Przeciwnie: zwłaszcza Tottenham może mówić o zweryfikowaniu swoich aspiracji, a wręcz: o lekcji pokory, którą otrzymał w meczu z osłabionym rywalem.
Oczywiście to prawda, że w Tottenhamie widać było brak Lennona i Huddlestone’a, ale trudno te straty porównywać z nieobecnością Gerrarda czy Torresa. Dość powiedzieć, że Hiszpan wykorzystałby pewnie sytuacje, które zepsuł Dirk Kuyt – a wtedy mówilibyśmy nie o porażce, ale o pogromie. Istotniejsze więc, niż lista nieobecności wydaje mi się zestawienie dwóch stylów gry. Odniosłem wrażenie, że to Liverpool przystępował do tego meczu bardziej zmotywowany, że to jego piłkarzom bardziej chciało się biegać za piłką i za rywalem, że więcej serca wkładali we wślizgi i próby odbioru. Kwestia poczucia siły, które dał szybko strzelony gol? Z pewnością nie tylko. Przykład kapitana Jamiego Carraghera, jak za najlepszych lat pokrzykującego na kolegów i samemu prowadzącego ataki prawą stroną? Z pewnością także. Dirk Kuyt grający wreszcie na swojej ulubionej pozycji? I tu nie jesteśmy daleko od prawdy. Alberto Aquilani grający wreszcie na swojej ulubionej pozycji i świetnie asekurowany przez dwójkę Lucas-Mascherano? Ta odpowiedź szczególnie przypada mi do gustu. O Włocha trochę się spieraliśmy pod przedostatnim wpisem, więc chętnie przyznam: tym razem rozegrał dobre spotkanie i znakomicie asystował przy pierwszym golu, choć wciąż widać, że ma kłopoty z przystosowaniem się do tempa i „kontaktowości” gry na Wyspach.
Określenie „lekcja pokory” pojawia się w tym tekście nieprzypadkowo. Bo przecież były w dzisiejszym meczu trzy momenty przełomowe: gol Kuyta z piątej minuty, kontuzja Ledleya Kinga, a w konsekwencji pojawienie się na ostatnie 10 minut nierozgrzanego Sebastiena Bassonga (sędzia mógł podyktować karnego już pięć minut przed tym, jak Kameruńczyk stratował Ngoga – kiedy faulował Degena), a pomiędzy nimi niesłusznie nieuznana bramka Jermaina Defoe. Napastnik Tottenhamu najpierw był wprawdzie na spalonym, ale kiedy Kyrgiakos odgrywał do Reiny, mógł ponownie zaangażować się w akcję – wywalczył piłkę i zdobył gola, nieuznanego przez Howarda Webba. „Lekcja pokory”, bo w takich przypadkach na takich stadionach jak Anfield czy Old Trafford sędziowie faworyzują wielkie firmy – inne przykłady to kluczowy moment meczu MU-Tottenham z poprzedniego sezonu, kiedy przy stanie 0:2 Webb podyktował karnego za wyimaginowany faul Gomesa na Carricku, ale także mniej spektakularne zdarzenie z dzisiejszego spotkania, kiedy w pierwszej połowie Kyrgiakos ciągnął za koszulkę Croucha, a przewinienie podyktowano przeciwko Anglikowi.
Nie, nie chcę powiedzieć, że Tottenham przegrał ten mecz przez sędziego. Londyńczycy rozczarowali. Kompletnie niewidoczny był Luka Modrić, pozostali pomocnicy grali wolno (ech, ten brak Lennona…) i bez pomysłu (ech, ten brak Huddlestone’a…), napastników odcinano od podań, boczni obrońcy szarpali zbyt rzadko – mieli zresztą wystarczająco dużo roboty w defensywie.
Dziś wygrali lepsi. Czy będą lepsi po sezonie, Bóg raczy wiedzieć. Zakład o Beniteza stoi nadal.
Skomentuj ~Michał Zachodny Anuluj pisanie odpowiedzi