Tym razem słuch zawiódł Jordiego Savalla. Nie, właściwie nie słuch, bardziej instynkt kibicowski (choć może na to samo wychodzi). Zgadzać się na koncert w dniu, w którym inna legenda Katalonii mierzyć się będzie z Arsenalem i zmuszać tym samym nieszczęśników przypominających niżej podpisanego do podejmowania dramatycznych wyborów? Zanim Savall przyjął zaproszenie na festiwal Misteria Paschalia mógł przecież rzucić okiem na kalendarz rozgrywek i zaproponować przesunięcie krakowskiego koncertu, powiedzmy, na czwartek…
Misteria Paschalia to barokowa Liga Mistrzów; przyznam, że mając dzisiejszą wiedzę nie żałuję wczorajszej decyzji o postawieniu na pojedynek Miłości Ziemskiej z Niebiańską w oratorium Caldary zamiast na starcie Rooneya z Gomezem. Dziś jednak postanowiłem nie iść na Savalla: wybieram futbol, zresztą w przekonaniu, że nie oddalę się nadmiernie od sztuk pięknych. Arsene Wenger, pytany przed sezonem o Barcelonę, porównywał oglądanie gry Katalończyków do kontemplowania malarstwa. Kibice Arsenalu nieraz znajdowali się w podobnych rejestrach patrząc na swój zespół. Pisałem o tym już kilka razy: żadna inna drużyna na świecie nie gra dziś w piłkę tak pięknie jak te dwie.
Pięknie, co w przypadku Barcelony nie znaczy nieekonomicznie. Liga ligą, oglądałem ten zespół podczas przedsezonowego meczu towarzyskiego z Tottenhamem i do dziś mam wrażenie, że podobnej lekcji pressingu w życiu nie widziałem. Wszyscy słusznie zachwycają się podaniami Xaviego czy Iniesty (tego drugiego ma dzisiaj zabraknąć), ale równie intrygująca jest postawa drugiej linii Barcelony, kiedy piłkę próbują rozegrać przeciwnicy. Wszystko jedno – duzi Busquets, Keita i Yaya Toure czy mały Xavi, pomocnicy Barcy biegają dookoła rywali, próbując wślizgów i przepchnięć tak długo, aż piłkę odzyskają i zaczną znów wymieniać te swoje dziesiątki podań. Są zresztą i takie mecze (żeby daleko nie szukać: weekendowy z Mallorcą), kiedy Katalończycy odchodzą od swoich pryncypiów: nie grają pięknie, tylko pragmatycznie. I mają efekty.
Arsene Wenger mówi jednak, że on ze swoich zasad nie zrezygnuje: Kanonierzy mają nie kombinować z taktyką, jak np. Chelsea przed rokiem, tylko grać swoją piłkę, otwartą, ofensywną i również opartą na dużej liczbie podań. Punkt dla niego: żeby oddać pole przeciwnikowi i cierpliwie czekać na swoją szansę, trzeba mieć tak doświadczoną drużynę jak wówczas Guus Hiddink; Wenger przyznaje, że w podobnej sytuacji jego chłopcom zabrakłoby koncentracji i poczucia pewności siebie (nabierają go właśnie wtedy, kiedy sami utrzymują się przy piłce). Z drugiej strony strategia „na otwarcie” oznacza ryzyko kontry – piłki do Messiego, którego w takiej sytuacji sam Clichy z pewnością nie powstrzyma; jeśli dyskutujemy tu czasem o Alexie Songu, to nie ulega wątpliwości, że przed defensywnym pomocnikiem Arsenalu egzamin największy z dotychczas zdawanych w życiu…
Czy będzie pięknie? Pięknie miało być już przed czterema laty, w finale Ligi Mistrzów, ale czerwona kartka dla Lehmanna dramatycznie odmieniła scenariusz. Z punktu widzenia Arsenalu wiele zależy do tego, jak wiele pracy będzie miał mocno niepewny Almunia, czy wykuruje się Fabregas i kto oprócz Vermaelena wystąpi na środku obrony (wczoraj Gallas wziął udział w treningu). Z punktu widzenia Barcelony niezastępowalnych piłkarzy nie ma, o czym również można się było przekonać podczas meczu z Tottenhamem: system działał, niezależnie od tego, który z klocków Guardiola akurat wyjmował.
System, jak widać, interesuje mnie bardziej niż rola jednostek, nawet tak wielkich jak Leo Messi. Podejrzewam, że wiąże się to z moją słabością do dyrygentów. Mam nadzieję, że oklaskiwanie Guardioli będzie też sposobem oddania hołdu Savallowi.
Skomentuj ~Stefan Anuluj pisanie odpowiedzi