Są mecze, o których wolelibyśmy nie pisać. Nie dlatego, że wynik nie przypadł nam do gustu albo że skomplikowały historię układającą się tak ładnie, jak marsz menedżerskiego Matuzalema po potrójną koronę. Nie dlatego również, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wróżyły bezbramkowy remis. Głównie dlatego, że pisząc o takich meczach trudno pominąć wydarzenia najbardziej kontrowersyjne, a zdecydowanie wykraczające poza czysty futbol – w przypadku derbów Manchesteru byłaby to czerwona kartka dla Paula Scholesa i awantura między Balotellim a Ferdinandem już po ostatnim gwizdku, a w meczu Arsenalu z Liverpoolem incydent między dwoma menedżerami także po zakończeniu spotkania, rozgrywanym dwanaście minut dłużej niż planowano mimo iż formalnie sędzia doliczył minut osiem.
Spróbujmy jednak przywrócić hierarchie. W przypadku tego pierwszego meczu napisać coś o pojedynku dwóch trzyosobowych formacji w środku pola i o fałszywym skrzydłowym MC Davidzie Silvie, wyciągającym za sobą O’Shea i robiącym w ten sposób po lewej stronie miejsce Kolarowowi. O nieruchawym w gruncie rzeczy Berbatowie w ataku MU (ach, jakże w pierwszej połowie brakowało pracowitego Hernandeza; problem w tym, że kiedy Meksykanin wszedł na boisko, zaraz wyleciał z niego Scholes i koncepcja gry dwójką napastników wzięła w łeb – żeby Anderson mógł załatać dziurę w pomocy, musiał zejść Berbatow…). O odwadze Roberto Manciniego, który tym razem nie ustawiał drużyny ultradefensywnie – i to mimo lania, które zebrał w poniedziałek na Anfield Road. Nade wszystko jednak: o kosztownej, choć spodziewanej nieobecności zdyskwalifikowanego Rooneya, i równie kosztownej, choć niespodziewanej nieobecności Giggsa. Ci, którzy byli architektami ostatnich triumfów MU, wczoraj nie wystąpili: efekt, niestety, widać od razu (a przecież City nie mogło skorzystać z kontuzjowanego Teveza…).
Wypada, niestety, napisać, że Alex Ferguson wie, co robi, zostawiając w meczach o wielką stawkę Dymitara Berbatowa na ławce (a może odwrotnie: gdyby Bułgar w spotkaniach tej rangi był konsekwentnie obdarzany zaufaniem, nie spudłowałby dwukrotnie w pierwszej połowie?). Wypada także zmartwić się momentem gapiostwa świetnego ostatnio Carricka. To z perspektywy MU, bo z perspektywy MC nie sposób nie zauważyć, że zwycięstwo było zasłużone, surowość kary dla Scholesa niekwestionowana itd., itp. „Hałaśliwi sąsiedzi” z Pucharem Anglii i miejscem w pierwszej czwórce, jeśli ostatecznie je zdobędą, staną się jeszcze głośniejsi, a Roberto Mancini, kto wie, może zdoła obronić swoją posadę także na następny sezon – w końcu to nie byle co, wywalić z pucharu i popsuć zabawę największemu rywalowi. Piłkarzy Włoch już ma znakomitych: od Harta, przez niedocenianego Kompany’ego (moim zdaniem spokojnie mieści się w najlepszej jedenastce sezonu, tworząc parę stoperów z Vidiciem), po Yaya Toure, Davida Silvę, Teveza oczywiście (ale wczoraj także Balotelli grał dobrze).
Są mecze, o których wolelibyśmy nie pisać… Pierwsze zdanie tekstu jako żywo stosuje się także do zakończonego przed chwilą spotkania Arsenalu z Liverpoolem. Bo nawet jeśli przejdziemy do porządku dziennego nad starciem Wenger-Dalglish i nad późniejszym, doprawdy zabawnym, uporem menedżera Arsenalu, że Eboue nie faulował Lucasa, trudno zmilczeć fakt, że przez ponad sto minut (tyle trwał mecz po dramatycznej kontuzji Carraghera) Kanonierzy potwierdzali wszystkie najbardziej zużyte stereotypy na swój temat.
Owszem, grali pięknie dla oka. Owszem, piłka zgrabnie krążyła dookoła pola karnego Liverpoolu. Owszem, kilka zagrań z pierwszej piłki o mało co nie zmyliło obrońców gości. Rzecz jednak w tym „o mało co”: nie odbierając defensywie piłkarzy Dalglisha koncentracji i determinacji (z Walcottem i Nasrim radzili sobie nastolatkowie: Robinson i Flanagan; kolejni nastolatkowie, Spearing i Shelvey, grali w końcówce w drugiej linii), trzeba zauważyć, że Fabregas znów wyglądał na niezainteresowanego, a w związku z tym Arsenal atakował schematycznie i bez prawdziwej penetracji pola karnego Reiny. Nawet Bendtner po wejściu na boisko został ustawiony na prawym skrzydle zamiast w szesnastce Liverpoolu… Kiedy zaś w końcu piłkarzom Arsenalu się udało i w siódmej minucie doliczonego czasu gry objęli prowadzenie, to zamiast na te ostatnie kilkadziesiąt sekund porządnie się skoncentrować, popełnili dwa błędy, z których ten drugi okazał się straszliwie kosztowny. Czy jest jakaś druga drużyna, która potrafi objąć prowadzenie w 98. minucie meczu, żeby następnie dać sobie odebrać zwycięstwo?
Trudno zrozumieć zachowanie Eboue: powalił Lucasa na ziemię w sytuacji kompletnie niegroźnej, kiedy obaj gonili piłkę odchodzącą w bok, poza pole karne, i kiedy sędzia trzymał już w ustach gwizdek, by dmuchnąć w niego po raz ostatni. Z pewnością Eboue wypełniał kwestionariusz Crevoisiera, w którym sto siedemnaście (!) pytań miało przybliżyć do uzyskania jednej w gruncie rzeczy odpowiedzi: czy ta grupa ludzi MENTALNIE jest w stanie poradzić sobie z presją, czy chce, umie, potrafi zwyciężać…
Kwestii takiej raczej nie podnoszą w Liverpoolu. Po stracie Fabio Aurelio, upiornie wyglądającej kontuzji Carraghera i zejściu z boiska mającego kłopoty z kolanem i kostką Carrolla, Dalglish trzykrotnie musiał przebudować zespół, za każdym razem w sposób nieplanowany. Owszem, momentami wyglądało to na parkowanie autobusu: dziesięciu broniących na ośmiu atakujących stłoczonych na jednej tylko połowie. Ale były przecież także groźne kontry, które kto wie, jak by się skończyły, gdyby nie słabszy dzień Suareza. I była drużyna złożona, jak się rzekło, w połowie z dzieciaków, walczących jak lwy. Złośliwość końcową powtarzam tylko dlatego, że pochodzi z bloga kibiców Arsenalu: miliarder Kroenke wraca do Denver pocieszając się, że został właścicielem 62 proc. Eboue.
Dodaj komentarz