Tyle się w ciągu tych lat zmieniło. Nasz bohater zrobił się siwiuteńki jak gołąbek, wory pod oczami ma wyraźniejsze niż kiedykolwiek i cała jego twarz zrobiła się bardziej nalana, a przecież spojrzenie i mina skrzywdzonego dziecka pozostają wciąż te same. Oto jeden z paradoksów współczesnej piłki: jak trener, będący w tym świecie jedną z postaci najpotężniejszych, najpopularniejszych i najbardziej utytułowanych, a w dodatku jeszcze (co w rozmowie na temat jego przyszłości nie jest bez znaczenia) najlepiej zarabiających, wciąż potrafi przybierać postawę, którą jego biograf określił kiedyś mianem „chłopca wśród rekinów”? Jakim cudem ktoś taki wciąż może nas przekonywać, że ten świat sprzysiągł się przeciwko niemu i przeciwko jego podopiecznym?
W tym miejscu powinienem napisać, że ostatnio złowrogim symbolem sprzysiężenia są sędziowie, którzy wczoraj najpierw nie uznali jego drużynie bramki, uznając, że Fabregas był na spalonym, później wyrzucili z boiska Maticia i odesłali na trybuny awanturującego się Silvino Louro, w końcu zaś usunęli z ławki rezerwowych także jego samego – powinienem to napisać, ale przecież sędziowie podpadali mu zawsze, nie tylko ostatnio. Toczył z nimi wojny w Hiszpanii i we Włoszech (w Serie A tak intensywne, że rozważali strajk), podobnie jak z trenerami rywali (ostatnio znów, kompletnie bez okazji, wyzłośliwiał się pod adresem Arsene’a Wengera), władzami ligi (za pomeczowe zbojkotowanie mediów czeka go kolejna już w tym sezonie kara) czy w końcu z dziennikarzami. Wszystko już było.
Owszem, próbuję powiedzieć, że Jose Mourinho kończą się pomysły na wyprowadzenie drużyny z kryzysu. Historia ostatnich miesięcy w Chelsea jest zaiste fascynująca – a że mamy wieczór wyborczy, można by pewnie zestawić ją z historią upadku Platformy Obywatelskiej, która z partii niemającej z kim przegrać, niespodziewanie zamieniła się w symbol rozleniwienia i obciachu. Arcysprawnie zorganizowana maszyna do wygrywania, którą oglądaliśmy jeszcze wiosną, niemal w tym samym składzie – przy drobnych acz znaczących wzmocnieniach i przy imponującym rozwoju Zoumy, łatającym dziury w defensywie (wczoraj grał na prawej obronie, biedaczysko), a jak trzeba, także w pomocy – nagle przegrywa mecz za meczem, zaś dotychczasowe symbole solidności i odpowiedzialności zaczynają zachowywać się głupawo. O tym, jak fatalnie grał od początku sezonu Ivanović, napisano już długie artykuły, wczoraj – również nie pierwszy raz – zawiódł Matić, którego bezmyślność spowodowała, że drużyna goniąca wynik musiała grać w osłabieniu. Jeśli przyjrzycie się faulom Serba, zobaczycie, że w obu przypadkach był asekurowany przez kolegów, nie istniał więc żaden powód, by obalać rywala na ziemię.
Uznacie mnie za człowieka myślącego zbyt wolno, ale dopiero w sobotnie popołudnie po raz pierwszy pomyślałem, że kłopoty Chelsea są poważne (a dzisiaj, po zwycięstwie Tottenhamu w Bournemouth, po raz pierwszy zacząłem liczyć przewagę punktową tych od Pochettino nad tymi od Mourinho). Mający wsparcie właściciela i piłkarzy – przynajmniej werbalne, bo patrząc na boisko trudno się pozbyć wątpliwości – od dziesięciu kolejek próbuje ogłosić przełom, który nie nadchodzi. Już nie pamiętam, kto ze znajomych podsumował występ Chelsea na Upton Park frazą: bez wyników, bez stylu, bez organizacji, bez dyscypliny (siedem kartek na Upton Park) i bez wymówek (bo Mourinho, jak powiedzieliśmy, i tym razem postanowił nie rozmawiać z mediami). Mistrz kraju przegrywający co drugi mecz i tracący blisko dwa gole na spotkanie?
Coś w Chelsea musi się zmienić także dlatego, że wszystkie zaprezentowane nam przez Mourinho sztuczki już znamy – nie robią na nas wrażenia, jak nie robiła Platforma strasząca PiS-em. Coś, tylko co? Naprawią to sami, czy zaczekają na powrót Tuska, pardon: Carlo Ancelottiego?
PS O derbach Manchesteru postanowiłem napisać dokładnie tyle, na ile zasłużyły.
Dodaj komentarz