Zastanawiam się, czy jest jakaś druga drużyna, która gra nienajlepiej, przez godzinę przegrywa 2:0 i być może powinna schodzić na przerwę w dziesiątkę, a wszyscy widzowie i tak zastanawiają się, jakim stosunkiem bramek zdoła ten mecz wygrać. Przyznaję: przed wczorajszym meczem West Hamu z MU miałem niejasne podejrzenia, że lider zgubi punkty. Że Londyńczycy, z solidną i nareszcie w komplecie zdrową machiną napędową Parker-Hitzlspberger-Noble w środku pola, potwierdzą dobrą formę z ostatnich tygodni; że będą w stanie obnażyć prowizorycznie skleconą obronę MU – z niegrającym od miesięcy Kuszczakiem między słupkami. Może gdyby zachowali strzelanie bramek na drugą połowę, gdyby nie drażnili rekina tak nieostrożnie już od pierwszych minut?
Gdzie tam. Po drugim kwietnia temat mistrzostwa Anglii wypada uznać za zamknięty. Alex Ferguson ma rację: jego piłkarze naprawdę grali wczoraj jak mistrzowie. Nie w sensie poziomu, nie w sensie braku błędów (Vidić ostatni raz grał tak słabo bodaj podczas pamiętnego pogromu z Liverpoolem, gdzie nie był w stanie upilnować Torresa i w końcu wyleciał z czerwoną kartką) – w sensie wiary we własne umiejętności i w wynik końcowy, niezależnie od tego, jak się toczą wydarzenia na boisku i niezależnie od tego, gdzie siedzi menedżer. A mistrzem może największym był wśród nich Ryan Giggs, ustawiony od 45. minuty na lewej obronie.
Oczywiście bohaterem Manchesteru (i czarnym charakterem reszty świata za swój bluzg do kamery; szczególny doprawdy moment, kiedy wszyscy dookoła mówią, że należy więcej uwagi poświęcić kampanii „Respect”) był Wayne Rooney, zdobywca trzech goli w ciągu niecałego kwadransa, w pełni odrodzony po wielomiesięcznym dołku. Mnie zaimponował jednak przede wszystkim znakomicie dośrodkowujący Valencia – tak sobie myślę, że gdyby nie jego kontuzja, kwestia mistrzostwa byłaby rozstrzygnięta znacznie wcześniej. Wayne Bridge, który dwa tygodnie temu tak świetnie radził sobie z Aaronem Lennonem i Garethem Balem, tym razem nie nadążał. Kropka.
Myślę więc sobie także, że z punktu widzenia psychologii mistrzostwo Anglii po takim meczu jest sprawą rozstrzygniętą, zwłaszcza, że Arsenal i Chelsea straciły punkty (a ich trenerzy właściwie przyznawali się na pomeczowych konferencjach do porażki; Carlo Ancelotti liczy jeszcze na rewanż w Lidze Mistrzów). Podobnie jak rozstrzygniętą sprawą jest, niestety, miejsce Tottenhamu poza pierwszą czwórką. Piszę o tym na chłodno, przygotowuję się do tego z tygodnia na tydzień, jakoś pogodzony z faktem, że dwumecz z Realem przyniesie zakończenie tego skądinąd fascynującego z perspektywy fana Kogutów sezonu.
A co poza tym? Zemsta jest rozkoszą bogów: West Bromwich Roya Hodgsona odebrało punkty Liverpoolowi. Oczywiście kontuzje Johnsona i Aggera mocno ułatwiły mu zadanie (i utrudniły je Kenny’emu Dalglishowi), oczywiście w ataku gości Andy Carroll nie był w stanie dopasować się do poziomu Luisa Suareza, ale generalnie to zwycięstwo – podobnie jak wyniki Wigan, Birmingham czy West Hamu i Blackpool – oznacza, że tak naprawdę w tej lidze nie wiadomo tylko jednego: kto spadnie. O czym naprawdę chciałbym więcej i częściej – tylko życie redakcyjne w ostatnich tygodniach nie pozwala…
Skomentuj ~Borys Anuluj pisanie odpowiedzi