Wiadomości o śmierci Manchesteru United okazują się więc zdecydowanie przesadzone – podobnie jak ubiegłotygodniowe doniesienia o poważnej chorobie Liverpoolu (uwierzycie, że przed kilkoma dniami klub z całą powagą dementował pogłoski o dymisji Beniteza?) i przedsezonowe rozważania na temat agonii Arsenalu. Co jednak z wiadomościami o śmierci klinicznej Portsmouth i szansach na wyjście z niej po ewentualnym przejęciu klubu przez arabskiego multimilionera? Ciężko się patrzy na ten zespół pamiętając, że jeszcze kilkanaście miesięcy temu wygrywał Puchar Anglii, a tworzyli go David James, Sol Campbell, Glen Johnson, Lassana Diarra, Sulley Muntari, Jermain Defoe i Peter Crouch. Piłkarsko wszystko zdawało się być przecież na jak najlepszej drodze – kłopot w tym, że „piłkarsko” nie znaczy „ekonomicznie”. Klub jest potężnie zadłużony, a w dobie kryzysu banki zabrały się za egzekucję tego zadłużenia. W ciągu najbliższego tygodnia trzeba będzie zwrócić co najmniej 24 miliony funtów – nie wiadomo jeszcze, z jakiego źródła. Czy dojdzie do finalizacji rozmów z Sulejmanem Al-Fahimem? Czy sytuację uratuje naprędce sklecone konsorcjum wokół dyrektora wykonawczego Petera Storriego? A może trzeba będzie sprzedać kolejnych piłkarzy? Tylko że wielu już nie zostało, a do walki o utrzymanie przydałyby się raczej wzmocnienia… Czasu mało, bo okienko transferowe również zamyka się za tydzień.
Mam słabość do Portsmouth od czasu, kiedy poznałem historię jednej z najstarszych pieśni kibicowskich, „Play up Pompey, Pompey play up” (szybka dygresja dla niezorientowanych: na początku XX wieku drużyna rozgrywała mecze niedaleko ratusza i sędziowie mierzyli czas patrząc na pobliską wieżę; gdy któregoś razu arbiter nie chciał oznajmić końca meczu, zniecierpliwieni kibice zaczęli śpiewać melodię kuranta…). Teraz jednak, kiedy czytam, że 78 proc. obrotów szło na pensje, i że wcześniej ta relacja wynosiła 92 proc. – ogarnia mnie zgroza. „Przywykliśmy uważać kluby Premiership za niezniszczalne” – pisze na swoim blogu bramkarz Portsmouth, David James – a tymczasem nawet miliony z transmisji telewizyjnych i od sponsorów nie pozwalają utrzymać się na powierzchni”.
Notatka Jamesa robi wrażenie – jak zwykle świetnie napisana i jak zwykle pokazująca, że świat autora nie kończy się na piłce nożnej. „Patrzę na swój kontrakt i martwię się pracowników klubu. Wiem, że wielu jest zagrożonych utratą pracy i zastanawiam się: ‘czy to dlatego, że ja tyle zarabiam?’”… James wie, że na to pytanie nie ma dobrej odpowiedzi, podobnie nie ma dobrej odpowiedzi na pytanie, dlaczego właściwie szejk Al-Fahim zabiera się do przejmowania klubu, jak nie przymierzając katarskie konsorcjum do kupowania polskich stoczni. Ale z otwartości jego tekstu wnoszę, że sytuacja jest poważna.
Pierwsze dni sezonu w sumie bez sensacji – wyjąwszy oczywiście fakt, że zdezintegrowany historią z odchodzeniem Lescotta Everton przegrywa już drugi mecz, a Tottenham odnotowuje najlepszy start w lidze od czasów legendarnego zespołu Billa Nicholsona z sezonu 1960/61 (Harry Redknapp mówi, że wzoruje się raczej na Barcelonie Guardioli, w której kluczem do posiadania piłki jest jej odbiór, a do odbioru – pressing, w którym biorą udział również napastnicy). Mało kto się spodziewał, że trzej beniaminkowie będą mieli na koncie zwycięstwa już po tygodniu, a zwłaszcza, że Burnley wygra dwukrotnie. Poza tym ciężka praca Fletchera w środku pola stanowi przykład dla pominiętego przy ustalaniu składu na mecz z Wigan Carricka, Carlo Ancelotti podobnie jak Hiddink udowadnia, że współpraca Anelki z Drogbą jest możliwa, Steve Bruce cieszy się, że i on ma piekielnie groźny duet napastników, Shay Given ratuje Manchester City przed kłopotami, a pewna fanka West Hamu…
PS Radość z futbolu przyćmiewa wiadomość o napadzie na dom Caluma Davenporta: chłopak, na którego zdjęcie patrzę często, bo zdobi okładkę wydanego przez Tottenham dvd z podsumowaniem sezonu 2005/06, został zaatakowany nożem, grozi mu amputacja nogi. W tym kontekście „śmiertelne” metafory z początku tekstu nagle wydają mi się wyjątkowo nie na miejscu. Calum Davenport mógł zginąć naprawdę.
Skomentuj ~Lukeroux Anuluj pisanie odpowiedzi