Z mojej perspektywy najpiękniejsze we wczorajszym wieczorze na Emirates było to, że znów stałem się jak tamten mały chłopiec sprzed trzydziestu lat, siedzący przed telewizorem u stóp dziadka. Tak jak wtedy patrzyłem na bramki Włodzimierza Smolarka w meczu z NRD, szalejąc z niepokoju o awans Polaków na mundial w Hiszpanii, tak wczoraj patrzyłem na pogoń Arsenalu za Milanem. Właściwie bez świadomości, że któraś z drużyn realizuje jakieś założenia taktyczne, że w przerwie trener Allegri próbuje coś pozmieniać, że z minuty na minutę pozbawieni odwodów Kanonierzy z wyjściowej jedenastki opadają z sił: od momentu, w którym Kościelny strzelił pierwszą bramkę, poddałem się nastrojowi, zaciskałem kciuki i pięści, wrzeszczałem, a w 58. minucie, gdy Abiatti zatrzymał van Persiego, byłem bliski rozwalenia ekranu. To była czysta emocja i czysta piłka – taka, którą kochamy najbardziej i w której rzeczy, wydawałoby się, niemożliwe, nagle znajdują się na wyciągnięcie ręki.
Oczywiście teraz, gdy ta czysta emocja opadła, zacząłem sobie przypominać mnóstwo kwestii. Fenomenalny pressing Arsenalu. Odważną grę skrzydłami, z użyciem bocznych obrońców, której zabrakło na San Siro. Koncentrację i dyscyplinę w defensywie. Fakt, że piłkarze Wengera nie zagrali w najsilniejszym składzie, a na ławce brakowało wartościowych zmienników – zapewne mający największe znaczenie, bo faktycznie Kanonierom zabrakło sił na pełne 90 minut (o wiszącej w powietrzu dogrywce nie wspominając). Tu od razu zastrzeżenie: każdemu by zabrakło, przy tej intensywności biegania za gośćmi: już kiedy schodzili na przerwę, mimo owacji z trybun i fantastycznego wyniku, gospodarze ciężko oddychali i mieli spuszczone głowy…
Trzej piłkarze zasługują na szczególne uznanie: Rosicky, który sprawia wrażenie dopiero co sprowadzonego w zimowym okienku transferowym, głodnego sukcesu młodego wilczka, a nie wypalonej eks-gwiazdy z długą historią (także historią kontuzji, niestety…). Rzeczywisty „wilczek”, Oxlade-Chamberlin, który znakomicie sobie poradził ustawiony bliżej środka pola – nie tylko jako szybki drybler, ale odbierający piłkę i podający z wyobraźnią rozgrywający. I Song, ustawiony za wspomnianą dwójką, naprawiający jej rzadkie błędy i asekurujący czwórkę obrońców. Choć właściwie należałoby pochwalić całą drużynę, która – co nie jest przecież w przypadku podopiecznych Arsene’a Wengera normą – funkcjonowała w myśl reguły „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Od dawna nie widzieliśmy takiego Arsenalu, jak w trzech ostatnich spotkaniach – nawet najbardziej zaprzysięgli kibice Kanonierów przyznają chyba, że na San Siro, a później w meczu z Sunderlandem, ich ulubieńcy wyglądali jak drużyna bez charakteru. Co się zmieniło, od czasu meczu z Tottenhamem?
Nie, nie popełnię grzechu głównego angielskich mediów: tak jak nie ogłaszałem nigdy ostatecznego końca projektu Wengera, nie będę teraz ogłaszał jego cudownego odrodzenia. Problemy piętrzące się przed Arsenalem pozostają te same, co zawsze – do znudzenia wyliczane na tym i innych blogach. „Klaskaniem mając obrzękłe prawice” po wczorajszej owacji na stojąco, zostawiam bez odpowiedzi pytanie, czy podmiot liryczny wiersza Norwida można zestawiać z Arsenem Wengerem. Ale nie potrafię nie klaskać i nie cieszyć się tym, że wciąż zdarzają się mecze, które tak przeżywam.
Skomentuj ~Pixdaus Anuluj pisanie odpowiedzi