Sądząc po pierwszych czterdziestu minutach, potencjał tej drużyny jest ogromny. Debiutując w Lidze Mistrzów, grając na boisku stałego bywalca tych rozgrywek, szybko strzeliła dwa gola, a następnie wkręcała rywali w ziemię inteligentnym pass and move. Gdzieś po pół godzinie kibice gospodarzy, poirytowani faktem, że ich ulubieńcy mają kłopoty z wyjściem z własnej połowy, zaczęli buczeć i gwizdać; jeśli w tamtym momencie było słychać jakikolwiek doping, to ze strony fanów gości.
Sądząc po końcówce pierwszej połowy i sporych fragmentach drugiej, ilość pracy, która czeka tę drużynę, również jest ogromna. W sposób absolutny dominować na boisku, mieć dwie minuty do przerwy i dać sobie strzelić bramkę, która w oczywisty sposób musiała uskrzydlić przeciwnika… W dodatku całe zło zaczęło się od niepotrzebnego przerzutu lewego obrońcy, który zamiast zagrać bezpieczną piłkę do najbliżej ustawionego kolegi, próbował się popisać kilkudziesięciometrowym podaniem na drugie skrzydło i podarował rywalom aut, po którym padł gol kontaktowy.
Opowiadam o spotkaniu Werderu z Tottenhamem, którego menedżer Harry Redknapp mówił na przedmeczowej konferencji, że na naukę nigdy nie jest za późno – powołując się przy tym nie tylko na własną przygodę z Young Boys Berno, kiedy to ofensywne ustawienie na mecz wyjazdowy omal nie doprowadziło go do odpadnięcia z Ligi Mistrzów już na poziomie eliminacji, ale także na przykrości, które spotkały Alexa Fergusona w sobotnim meczu na Goodison Park. Owszem: na naukę nigdy nie jest za późno i trzeba przyznać, że Redknapp – przy całym przywiązaniu do ofensywnej piłki, dzięki któremu oglądaliśmy tak emocjonujące i otwarte spotkanie – wyciągnął wnioski, dobierając bardziej adekwatne do taktyki rywala, a zarazem moje ulubione ostatnio ustawienie 4-2-3-1, z van der Vaartem operującym za plecami wysuniętego Croucha. Tyle że dziś on i jego piłkarze otrzymali kolejną lekcję: jak kontrolować grę w sposób naprawdę konsekwentny, a nade wszystko: jak nie pozwalać sobie wydrzeć inicjatywy i nie tracić koncentracji w momentach absolutnie kluczowych, czyli przez kilka minut przed i po przerwie.
Zaczęło się, jak powiadam, fantastycznie. Assou-Ekotto podaje do Bale’a, który urywa się bocznemu obrońcy Werderu, i dośrodkuje tak precyzyjnie, że Pasanen może tylko skierować piłkę do własnej bramki: gdyby cofnął nogę, gola zapisano by Crouchowi. Sześć minut później bardzo dobry dziś Jenas popisuje się efektownym podaniem z woleja do ustawionego po lewej stronie van der Vaarta, ten przyjmuje piłkę, a następnie dośrodkowuje ją na głowę Croucha, który stoi wprawdzie daleko od bramki, ale uderza z taką siłą i precyzją, że bramkarz nie ma nic do powiedzenia. Potem zaczyna to wyglądać jak finał Champions League sprzed dwóch lat: Tottenham zabiera Werder na karuzelę, jak wtedy Barcelona zabrała MU. Podania krążą od nogi do nogi, coraz to inny piłkarz wybiega na pozycję, a kiedy rywal zdoła przejąć piłkę, to cała drużyna angażuje się w pressing, by błyskawicznie ją odzyskać. W centrum wszystkiego, co dobre w tej pierwszej połowie jest Rafael van der Vaart: cały czas blisko akcji, cały czas pokazujący się partnerom, gotów do wzięcia na siebie ciężaru gry. Szkoda, że – podobnie jak spełniający tę samą rolę w sobotę Luka Modrić – łapie kontuzję i musi zbyt wcześnie zejść z boiska.
Tym razem van der Vaart ma z kim grać. Peter Crouch lepiej przyjmuje i przetrzymuje piłkę niż Pawluczenko w sobotę, Jenas piłkarsko jest o niebo lepszy od Palaciosa, Bale utrzymuje się w wybornej formie (w tej pierwszej połowie sam mógł strzelić gola, w drugiej – dwukrotnie wyrobił dobre pozycje kolegom), a Huddlestone na swoim własnym poziomie; jeżeli idzie o zawodników przedniej formacji, to tylko o formę Lennona można się martwić. Liczyłem na to, że zrobi z Silvestre’a kotlet siekany, a w zasadzie nie zmusił go do biegania…
Na wspomnianej przedmeczowej konferencji Redknapp mówił, że nie trzeba być naukowcem, żeby zestawić optymalną jedenastkę, a kwestie taktyczne nie mają znowu tak wielkiego znaczenia: kluczem jest to, czy piłkarze nie spalą się psychicznie. Można się uśmiechać, że oto oglądamy kolejnego faceta, który laptopa używa jako podkładkę pod herbatę, ale można też przyznać mu rację: Werder po przerwie był lepszą drużyną, bo po strzeleniu przypadkowego gola uwierzył, że z Tottenhamem może jednak powalczyć. Choć nie bez znaczenia było pewnie i to, że po zmianie Bargfrede-Hunt także i goście przeszli na ustawienie 4-2-3-1 i nagle zaczęło funkcjonować coś, czego wcześniej nie oglądaliśmy: celne szybkie podania, akcje oskrzydlające, nieustanne pojawianie się znakomitego Marko Marina w wolnej strefie pomiędzy liniami Tottenhamu (młody reprezentant Niemiec był może najlepszy na boisku). W zasadzie kibice gości muszą mówić o szczęśliwym remisie, choć tak blisko byli zasłużonego zwycięstwa.
„Lekcja? Jaka lekcja?” – pytał wściekły Redknapp dziennikarzy po meczu, tłumacząc, że niczego nie można się nauczyć z faktu, iż zespół, który nie miał nic do powiedzenia, przypadkowo strzela gola i zaczyna wierzyć w siebie. Myślę jednak, że to zbyt proste: w 43 minucie Assou-Ekotto naprawdę mógł zagrać prostą piłkę, zamiast wygłupiać się z przerzucaniem jej na drugą stronę, zwłaszcza na tak śliskim boisku. Poza tym Redknapp sam jest sobie winien: było nie zaczynać z mówieniem o tej nauce, na którą nigdy nie jest za późno…
Bo w gruncie rzeczy można skończyć optymistycznie: jeśli menedżer Tottenhamu powściągnie zrozumiałe emocje i zechce jednak wyciągnąć wnioski z tego meczu, jego przygoda z Ligą Mistrzów ma wszelkie szanse przeciągnąć się do wiosny. Czego sobie i Wam życzę, bo, jak widać, z tą drużyną po prostu nie sposób się nudzić.
Skomentuj Michał Okoński Anuluj pisanie odpowiedzi