Są takie wpisy, które powstają z poczucia obowiązku. Wiecie, co mam na myśli, prawda? Nie obejrzę tego meczu ponownie, ale szybko o nim nie zapomnę, bo stanie się symbolicznym początkiem końca drużyny, która ledwo co zaczęła powstawać. O tym, że mam skłonność do pochopnych uogólnień, zdążyliście się już przekonać, ale naprawdę: nie sądzę, by bez wabika Ligi Mistrzów w przyszłym sezonie udało się zatrzymać na White Hart Lane piłkarzy klasy Modricia, Bale’a czy coraz bardziej sfrustrowanego van der Vaarta (inna sprawa, że zwłaszcza Chorwat kompletnie dziś rozczarował), nie mówiąc o płaceniu ich coraz wyższych kontraktów.
Są takie mecze, na których temat trudno zbudować błyskotliwą narrację, skoro od pierwszych chwil jedno wydarzenie jest logicznym skutkiem drugiego. Najpierw Aaron Lennon, który poczuł się źle na kilka minut przed rozpoczęciem spotkania – wprowadzenie w jego miejsce Jenasa popsuło, rzecz jasna, koncepcję gry i zmusiło do przestawienia Bale’a na prawą pomoc (Walijczyk nie dość, że przez pierwsze 10 minut nie kopnął piłki, to po jego powrocie na lewe skrzydło Marcelo miał przed sobą hektary wolnego miejsca). Później szybko stracona bramka, po rzucie rożnym, w którym tenże Jenas nie upilnował Adebayora (czy naprawdę to on miał kryć napastnika Realu, skoro teoretycznie nie powinno go być na boisku?), a przy słupku nie popisali się Gomes z Modriciem. Wreszcie nadmiar entuzjazmu, by nie rzec: głupota Croucha, dwie w pełni zasłużone żółte kartki dla napastnika Tottenhamu i konieczność gry w dziesiątkę… Jakkolwiek heroicznie, a momentami desperacko goście bronili się do końca pierwszej połowy, tego wyniku przeciwko takiemu rywalowi dowieźć się nie dało.
Oddając sprawiedliwość Realowi i rozumiejąc rozmiary wyzwania, przed jakim stał wówczas Tottenham, nie mogę się jednak nie zdziwić kompletnym brakiem krycia piłkarzy z Madrytu przy rzucie rożnym z 57. minuty i gapiostwu Gomesa z minuty 87., kiedy przepuszczał przy krótkim słupku niezbyt w sumie mocny strzał Ronaldo. Wtedy, w 57. minucie, było przecież jeszcze o co grać. Były nadzieje, związane z wejściem ruchliwego Defoe’a i z jedną kapitalną akcją Dawson-Bale z pierwszej połowy.
Była to oczywiście szkoła futbolu. Marcelo, pod nieobecność Lennona szalejący po lewej stronie Realu. Xabi Alonso, co chwilę odbierający piłkę Modriciowi i znakomicie ją podający. Ronaldo, który w Madrycie nauczył się dostrzegać kolegów z drużyny, a nie zapomniał, jak się strzela (przy wszystkich odegraniach do Ozila czy di Marii zdołał jeszcze w tym meczu oddać 13 strzałów!). Di Maria, zdobywający najpiękniejszą bramkę spotkania. Wszyscy piłkarze Realu, cierpliwie wymieniający podania na połowie Tottenhamu, nieforsujący tempa, pewni, że dziesiątce przyjezdnych zabraknie sił na bieganie między nimi do upadłego. Pewnie gdyby nie czerwona kartka, przewaga terytorialna czy w posiadaniu piłki nie byłaby aż tak gigantyczna, pewnie Londyńczycy nie daliby się zepchnąć aż tak głęboko, ale czy rozważanie tej kwestii ma jakiekolwiek znaczenie?
Właściwie to nie jest tak, że mam skłonność do pochopnych uogólnień. Po prostu jestem realistą. Wspaniały sen trwał od sierpnia do kwietnia, niewiarygodnie długo, i wiązał się z niewiarygodnie pięknymi przeżyciami. Szkoda, że skończył się w takich okolicznościach, ale kiedyś skończyć się musiał, a swobodnie mógł skończyć się wcześniej. Peter Crouch także tego meczu nie zapomni, ale my będziemy pamiętać choćby to, że jego gol na City of Manchester Stadium dał Tottenhamowi prawo gry w Lidze Mistrzów, a bramka na San Siro pozwoliła się cieszyć awansem do ćwierćfinału.
Skomentuj ~Stefan Anuluj pisanie odpowiedzi