O tym, na co narażony bywa kibic Tottenhamu, pisywałem na tym miejscu aż za często, przywoływałem też wyniki badań zrobione dla Lloyds Pharmacy, z których wynikało, że fani Kogutów są najbardziej zagrożeni atakiem serca spośród fanów wszystkich klubów angielskiej ekstraklasy. Miała być prosta droga do fazy grupowej Ligi Mistrzów, a była prosta droga do kompromitacji – i to nie tylko po pierwszych czterdziestu minutach, kiedy Tottenham przegrywał 3:0, ale i po minutach osiemdziesięciu, kiedy Young Boys zmarnowało dwie stuprocentowe okazje, by podwyższyć na 4:1. Tylko przekornemu duchowi futbolu – bo przecież nie naszym piłkarzom – możemy dziękować za to, że Londyńczycy wciąż mają szansę na awans.
Nie wiem, czy jest sens w jakikolwiek sposób to racjonalizować. Sztuczna murawa, polana dodatkowo przed meczem, niewątpliwie nie pomagała, a co więcej: była nie tylko przyczyną kontuzji Modricia i Defoe’a, ale także aż czterech zmian w składzie w porównaniu z sobotnim meczem z MC (Harry Redknapp tłumaczył, że zdecydował się na nie, bo po wczorajszym treningu miał poczucie, że kilku zawodników za bardzo obawia się o swoje nogi). Szybko stracona bramka musiała zdeprymować. Nieobecność Kinga oznaczała, że nie ma kto nadrabiać braków szybkościowych Dawsona (Bassong taki wolny znowu nie jest, ale ustawia się zdecydowanie gorzej niż Anglik). Grający pierwszy mecz w tym sezonie Palacios ewidentnie nie czuł piłki: kilka razy stracił ją przed własnym polem karnym, był wolniejszy od rywali – chociaż tyle, że nie faulował… Nade wszystko jednak: otrzymaliśmy kolejną lekcję, po tej, którą pobrała w RPA drużyna Fabio Capello, ile jest warte ustawienie 4-4-2 w konfrontacji z zespołem stosującym system 4-2-3-1. Przewaga Szwajcarów w drugiej linii długo nie podlegała dyskusji, podobnie jak łatwość, z jaką przechodzili oni do szybkiego ataku. Plus dla Redknappa, że zareagował, zanim było za późno: do momentu pojawienia sie na boisku Huddlestone’a (przestawiony wówczas na lewą pomoc Modrić schodził do środka, niewelując przewagę liczebną gospodarzy w tej strefie, podobnie jak cofający się bardzo głęboko Pawluczenko – w zasadzie także goście ustawili wówczas 4-2-3-1) wyglądało to przecież katastrofalnie. Nie chciało się wierzyć, że oglądamy drużynę, która na inaugurację Premier League była bliska zrównania z ziemią Manchesteru City. „Zapomniałem, jacy oni są dobrzy” – pisałem po tamtym meczu, więc przekorny duch futbolu uznał za stosowne przypomnieć mi, jacy oni potrafią być fatalni.
Nie wiem więc, czy jest sens w jakikolwiek sposób to racjonalizować. W komentarzach, które czyniliście na bieżąco, najsłuszniej w świecie domagaliście się zmiany Pawluczenki, „bo gra piach”, i Bassonga, „bo jest do, za przeproszeniem, wypieprzenia w kosmos”. Kłopot w tym, że to Rosjanin i Kameruńczyk przywrócili Tottenhamowi nadzieję (zwłaszcza fantastyczny gol Pawluczenki musiał zdumiewać po rzeczywiście kiepskich 82. minutach w wykonaniu tego piłkarza) i teraz, podobnie jak jeszcze kilka godzin temu, Tottenham znów uchodzi za faworyta. Tfu, tfu, odpukać… Jaka piękna porażka. Pół wieku temu z Górnikiem w Zabrzu Tottenham przegrał 4:2.
PS Manchester City kupił Jamesa Milnera za 26 milionów, czyli jak skomentował na twitterze jeden z publicystów „Daily Telegraph”, na jednego Anglika wydał więcej niż Real na dwóch Niemców, Khedirę i Ozila. Ale to doprawdy nie moje zmartwienie.
Skomentuj Michał Okoński Anuluj pisanie odpowiedzi