Ech, wyrywa mi się serce do pisania o meczu Tottenhamu z Liverpoolem, ale czuję, że powinienem uszanować hierarchię – w tym przypadku oddawaną również przez ligową tabelę. Powiedzieć, że nie spodziewałem się zwycięstwa odniesionego przez Arsenal w takim stylu, to powiedzieć mało: ja w ogóle nie spodziewałem się zwycięstwa Arsenalu. Owszem: wierzyłem i wierzę w to, że Kanonierzy będą w tym sezonie błyszczeć, ale, do licha, nie na tle Evertonu, który zazwyczaj żadnemu z przeciwników błyszczeć nie pozwala. Oczywiście kiedy Arsenal prowadził już 0:3, miałem poczucie, że padną kolejne gole: w takich sytuacjach chłopcy Wengera są niezrównani, bezlitośnie wykorzystując fakt, że dążący do odrobienia strat przeciwnik odkrywa się i zostawia na boisku mnóstwo wolnego miejsca. Ale wcześniej? A zwłaszcza przy stałych fragmentach gry, które przyniosły Kanonierom pierwsze bramki? Doprawdy, nic się tu nie zgadza.
Czytałem na jakimś forum kibicowskim teorię, że za klęską Evertonu stoi kiepska atmosfera w szatni, zatruwana przez chcącego odejść do MC Lescotta: jej autor zestawia historię obecnych przepychanek między Evertonem a MC z ubiegłorocznymi przepychankami między Tottenhamem a MU w sprawie Berbatowa. Faktem jest, że z obrażonym i nieprzykładającym się do treningów Bułgarem w kadrze Tottenham zaczął poprzedni sezon stokrotnie gorzej niż obecny. Jednak wczorajszą porażkę Evertonu równie dobrze można wytłumaczyć, sięgając po przywoływany już przeze mnie w komentarzach do poprzedniego wpisu wywiad Arsene’a Wengera, udzielony dziennikarzom „Timesa” i „Daily Mail”.
Menedżer Arsenalu tłumaczy m.in., dlaczego zdecydował się odrzucić propozycję Realu i zostać na Emirates Stadium. Mówi, że nie chciał opuszczać Londynu przed skończeniem tego, co sobie zaplanował. „Buduję tę drużynę, chcę osiągnąć sukces z tą drużyną i mam poczucie, że gdybym odszedł, w jakiś sposób wyparłbym się swoich przekonań. Tu nie chodzi o Real – chodzi o to, że trzy albo cztery lata temu zacząłem pewien projekt i chcę go skończyć. Na tym etapie nie mogłem zostawić Arsenalu”.
Jaki to etap? Piłkarze, na których rozwój postawił przed kilkoma laty i którym sukcesywnie dawał szansę, wiedząc, że jest to inwestycja w przyszłość, mają dziś po dwadzieścia parę lat. Są wystarczająco dojrzali, wystarczająco doświadczeni, wystarczająco głodni sukcesu i wystarczająco ze sobą zżyci. Na tym polega filozofia Wengera i źródło jego niechęci do przesadnej aktywności na rynku transferowym: „Wierzę w sens budowania więzi między piłkarzami – mówi menedżer Arsenalu. – Wierzę w coś, co czyni piłkę nożną naprawdę wielką: zespołowość tej gry”. Wszystko tłumaczy wyznanie, że choć nie lubi tenisa jako takiego, przepada za Pucharem Davisa, bo tam indywidualności tworzą wreszcie drużynę…
Mam pokusę, żeby cytować większe fragmenty tej rozmowy (piłce nożnej poświęcone są te najmniej interesujące…); z pewnością nieraz będę do niej wracał. Na razie wyciągam wniosek taki, że Wenger wierzy, iż w tym roku nadszedł czas jego drużyny, i zamierzam traktować zakusy mistrzowskie Arsenalu serio. Zaznaczam: wyciągam ten wniosek w oparciu o wywiad, nie o strzelaninę Kanonierów na Goodison Park, bo po jednym meczu trudno cokolwiek uogólniać. Dotyczy to zresztą nie tylko porażki Evertonu, czy innej rewelacji poprzednich rozgrywek, Aston Villi, ale i wszystkich pozostałych wyników. Na tym etapie zwycięstwa jeszcze o niczym nie przesądzają; owszem, są ważne, ale bodaj tylko dlatego, że dają poczucie psychicznego komfortu i pewność, że praca całego okresu przygotowawczego nie poszła na marne.
Ten psychiczny komfort najbardziej potrzebny był oczywiście Markowi Hughesowi, człowiekowi znajdującemu się pod największą presją w związku z gigantycznymi oczekiwaniami wobec „galaktycznego” Manchesteru City. Przyznam, że Hughes zaimponował mi w meczu z Blackburn, mimo wzmocnień nie zmieniając ustawienia 4-2-3-1, sadzając na ławce rezerwowych Teveza, na środku ataku ustawiając skazywanego przez wielu na odejście z klubu Bellamy’ego, a dopiero za jego plecami – Adebayora, który skądinąd świetnie odnalazł się w tym miejscu i był, moim zdaniem, najlepszy na boisku.
Poczucie nie tyle komfortu, co ulgi może mieć Carlo Ancelotti, któremu trzy punkty w meczu ze skazywanym na porażkę Hull zapewnił w ostatniej chwili niezawodny Drogba; jak dla mnie Chelsea za rzadko atakuje skrzydłami, no ale to przekleństwo posiadania zbyt wielu środkowych pomocników. O uldze powinien mówić również Alex Ferguson, którego piłkarze nie zachwycili tak samo jak w poprzednim sezonie (może z wyjątkiem najlepszego w eksperymentalnie zestawionej obronie da Silvy), ale swój mecz wygrali – inaczej niż Liverpool Beniteza, który przed meczem kolejny raz próbował obrazić układających terminarz gier (nieszczęśnik, nie może uwierzyć, że układa go komputer…), po meczu zaś – zbyt młodego, jego zdaniem, sędziego technicznego.
A Harry Redknapp? Zaimponował lojalnością, wystawiając w ataku swojego kapitana, Robbiego Keane’a, i sadzając na ławce Petera Croucha (wszyscy się spodziewali duetu Crouch-Defoe, któremu tak dobrze szło w Portsmouth). W efekcie mieliśmy na boisku najniższy kwartet ofensywny Premiership (Keane i Defoe, uzupełniani przez Modricia i Lennona), co nie przeszkodziło Tottenhamowi zdobyć zwycięskiego gola głową. Keane zawiódł, jeszcze przed przerwą marnując trzy świetne sytuacje, nie zawiedli natomiast Luka Modrić, a zwłaszcza ciężko pracujący Wilson Palacios, dzięki któremu tak ciężko grało się drugiej linii Liverpoolu (Gerrardowi wyraźnie brakowało wsparcia Xabiego Alonso), i tradycyjnie nietrenujący z drużyną ze względu na kontuzjowane kolano Ledley King. Debiutujący w środku obrony Tottenhamu Sebastian Bassong mówił po meczu, że grać w duecie z kimś takim to prawdziwa przyjemność, bo nie dość, że podpowie ci, jak masz się ustawić, to naprawi potem twój błąd, jeśli takowy ci się zdarzy. Stoperzy Kogutów nie mieli zbyt wiele pracy: przy notorycznie grających długą piłką rywalach wystarczało wygrywać pojedynki główkowe. Szkoda, że King nie zdołał podpowiedzieć Gomesowi, jak się zachować przy rajdzie Johnsona…
Na brak emocji nie możemy narzekać, ale tegośmy się spodziewali. Zabawne, że nie padł żaden remis, i że mamy już dwie kandydatki do tytułu bramki sezonu: gole Assou-Ekotto dla Tottenhamu i Rodallegi dla Wigan. Piękne, że wszędzie pamiętano o Bobbym Robsonie. Obejrzałem kilka dni temu hołd złożony mu przez BBC, oparty na wywiadzie Gary’ego Linekera przeprowadzonym przy okazji 70. urodzin się Bobby’ego, i smutek z powodu jego odejścia wrócił do mnie z całą siłą. Arsene Wenger, mówiąc o swoim uzależnieniu od piłki, mówił także o nim: o tym, jak na kilka dni przed śmiercią Robson wybrał się na mecz charytatywny, zorganizowany przez jego wspierającą chorych na raka fundację, i jak błyszczały mu oczy, kiedy po raz ostatni patrzył na murawę St. James’ Park.
Skomentuj ~Jak Anuluj pisanie odpowiedzi