Po paromiesięcznej przerwie angielscy dziennikarze znów kochają Roya Hodgsona. Dajcie im jeszcze parę miesięcy, a znów będą promować jego kandydaturę na trenera reprezentacji, zwłaszcza jeśli proces Harry’ego Redknappa nie zakończy się uniewinnieniem. Sześć meczów w roli menedżera WBA, wszystkie bez porażki, a po remisie z Arsenalem i komplecie punktów z Liverpoolem przyszedł czas na wyjazdowe zwycięstwo z Sunderlandem, i to w spotkaniu, w którym West Bromwich dwukrotnie przegrywało. To statystyka, a styl? Widzieliście akcje, które skończyły się drugą i trzecią bramką piłkarzy Hodgsona? Liczyliście wymienione w ich trakcie podania, także te z pierwszej piłki? Widzieliście wymienność pozycji, wychodzenie piłkarzy na wolne pole, pokazywanie się kolegom, chęć gry? Całkiem niedawno w Anglii nadużywano ksywki „Harry Houdini”, teraz kolej chyba na „Houdini Hodgson”.
W sumie pocieszająca historia, że można być raczej właściwym człowiekiem na niewłaściwym miejscu niż niewłaściwym człowiekiem na właściwym miejscu – myślę oczywiście o sukcesach wciąż obecnego Menedżera Roku, odnoszonych z Fulham i West Bromwich, i o jego niepowodzeniu w Liverpoolu. Teraz może nieco więcej dziennikarzy zacznie jeździć za West Bromwich, a ich teksty dostaną nieco więcej miejsca na łamach gazet – mecz z Sunderlandem obejrzałem zupełnym przypadkiem, ale gdybym nie znalazł czasu, w gazetach nie wyczytałbym o nim zbyt wiele: ot kilka akapitów niemal agencyjnych z ducha sprawozdań, bez najmniejszej nawet próby pokazania źródeł obecnych sukcesów Hodgsona (a są nimi wreszcie dobra organizacja gry obronnej, oparcie w kilku rytunowanych zawodnikach, np. w Scharnerze, oraz forma Odemwingie; widać, że menedżer nie żąda cudów, raczej dzień po dniu i tydzień po tygodniu spokojnie wdraża swoje pomysły na treningach, stopniowo przekonując piłkarzy, że wie, co robi).
A miejsca na relacje z meczu Sunderland-WBA zabrakło m.in. dlatego, że od kilku dni media opisują coś, co Jeremy Wilson nazwał najbardziej przygnębiającymi tygodniami w 15-letniej karierze Arsene’a Wengera jako menedżera Arsenalu. Przyznam, że trochę mnie to dziwi, bo podobnie jak Wenger pamiętam przedsezonowe prognozy, z których wynikało, iż Kanonierzy mogą wypaść nie tylko z miejsc premiowanych grą w Lidze Mistrzów, ale nawet z pierwszej piątki: dziś, po przekonującym zwycięstwie nad Blackpool (odniesionym z 41-letnim Lehmannem między słupkami!), nadal mają lidera w kontakcie wzrokowym. Owszem, raczej tego lidera nie dogonią i owszem, grozi im zapisanie się w naszej pamięci jako „nearly team”, ale nie chciałbym, aby w krytykach Wengera i jego piłkarzy posuwano się dalej, niż sam to zrobiłem przed miesiącem. Są jacy są, ale niewątpliwie są lepsi niż przed rokiem, a dostrzeżenie w plebiscycie na piłkarza roku zarówno Nasriego, jak Wilshere’a mówi o tym równie dużo jak seria udanych meczów Wojciecha Szczęsnego.
Wychodzi mi dziś wpis o menedżerach, bo jeszcze dwie decyzje podejmowane w ich gabinetach chciałbym zauważyć. Po pierwsze, tę Harry’ego Redknappa, który po tym, jak Peter Crouch zawiódł drużynę w Madrycie, postawił w meczu ze Stoke właśnie na niego – i został wynagrodzony dwiema bramkami; świetny przykład zarządzania zasobami ludzkimi (podobnie jak zostawienie do ostatniej minuty van der Vaarta, z którym miewał ostatnio konflikty o schodzenie po zmianie bezpośrednio do szatni i który skarżył się mediom, że zmieniany jest zbyt często). Po drugie, tę Carlo Ancelottiego, który tym razem odsunął na ławkę swojego najdroższego piłkarza, a o którym z kolei dzisiejsza prasa pisze, że ma 90 minut, żeby ocalić posadę (mowa oczywiście o 90 minutach wtorkowego ćwierćfinału Ligi Mistrzów). Odpadnięcie z najważniejszych dla Romana Abramowicza rozgrywek już na poziomie jednej czwartej, po wcześniejszym wyeliminowaniu z FA i Carling Cup, w połączeniu z miejscem raczej w dolnej strefie Top Four, to przestępstwo nieporównanie większe niż te, za które zwalniano z pracy Ranieriego, Mourinho, Granta czy Scolariego.
W meczu z Wigan teoretycznie zapowiadało się na pogrom (w dwóch ostatnich spotkaniach z tą drużyną Chelsea zdobyła aż 14 bramek), więc można było sądzić, że to dla Torresa wymarzony przeciwnik. Okazało się jednak, że nic z tego: napastnik już po wejściu z ławki zmarnował dwie wyborne okazje, a piłkarze Ancelottiego wygrali z wielkim trudem; średni sposób na poprawienie humorów przed wyjazdem na Old Trafford. Co nie zmienia faktu, że para Anelka-Drogba prezentowała się w ostatnich meczach lepiej niż jakikolwiek duet z udziałem Torresa (a nie przydałby się, ehm, powrót z Boltonu Sturridge’a?).
A propos Old Trafford: postanowiłem zrobić sobie dzisiaj wpis bez Manchesteru United. Widzę pod poprzednim kolejną dyskusję pełną epitetów i emocji, zastanawiam się, czy jest jakiś sposób na ich opanowanie. Może podziała niepisanie o ukochanym klubie niektórych najaktywniejszych czytelników? Naprawdę wolałbym mniej głosów w rozmowie, za to spokojniejszych, bardziej przemyślanych i nieprzekraczających granic kulturalnej dyskusji.
Skomentuj ~Tomek G Anuluj pisanie odpowiedzi