Mam nadzieję, że najbliższych trzydziestu tygodni nie będę musiał spędzić na wyszukiwaniu kolejnych epitetów, którymi można by określić kolejne występy dwóch klubów z Manchesteru. Nie żebym miał coś przeciwko któremuś z nich (no, może idea sukcesów za petrodolary wciąż odrobinkę mi przeszkadza, zwłaszcza że ich współautorem przez ostatnie lata był niejaki Garry Cook) – chodzi po prostu o nudę, jaka nieuchronnie unosić się będzie nad takim pisaniem. Już teraz, przyglądając się grze mistrza Anglii kombinuję, jak tu zamiast o Rooneyu pisać raczej o świetnym występie Phila Jonesa na prawej obronie. Tu i ówdzie padały porównania do ligi hiszpańskiej i tamtejszego wyścigu dwóch koni – paradoksalnie przedwczesne o tyle, że niedościgniona Barcelona straciła właśnie punkty z Realem Sociedad.
A więc oba kluby z Manchesteru, a potem długo nic. Osiemnaście goli MU w czterech meczach przy piętnastu MC (trzecia w tabeli Chelsea strzeliła siedem, czwarte Stoke… trzy). Sergio Aguero i Wayne Rooney notują kolejne hat tricki (będący w życiowej formie Anglik ma już w tym sezonie osiem goli, a wczoraj zdołał przecież także zasłużyć się we własnym polu karnym, wybijając piłkę z linii bramkowej; Argentyńczyk, podobnie jak Bośniak Dżeko – sześć). David Silva, Nasri czy Nani mają kolejne asysty. Oprócz zdobywców trzech goli w obu klubach błyszczeli inni napastnicy: Tevez i Hernandez, którzy weszli do składu za headlinerów z poprzednich kolejek, Dżeko i Welbecka. Jeśli dodamy do tego, że Roberto Mancini całkiem słusznie krytykował po meczu swoich piłkarzy za nieskuteczność, jeśli zauważymy, że do zespołu dołącza powracający po dyskwalifikacji Kolo Toure… Jeśli dodamy, że także Alex Ferguson wciąż może mówić o osłabieniach (rzuca się w oczy zwłaszcza brak Vidicia, w następnych tygodniach z pewnością brakować będzie Cleverleya), że także jego piłkarze mogli strzelić więcej goli, a Bolton powinien kończyć mecz w dziesiątkę po dwóch brutalnych faulach Kevina Daviesa… Zaraz zaraz, w tej fazie sezonu Chelsea przed rokiem też wyglądała na drużynę nie do zatrzymania, a i za Scolariego potrafiła świetnie zacząć.
Wspominam o Chelsea, bo z Raulem Meirelesem i Matą w składzie wygląda nieporównanie lepiej niż na rozpoczęcie sezonu (jeśli idzie o wpływ na grę swojej drużyny we wczorajszych meczach, młodego Hiszpana z pewnością możemy zestawiać ze starszym rodakiem, kolejny raz najlepszym na boisku – najlepszym w lidze? – Davidem Silvą; rzućcie okiem na bramkę Aguero, i rolę, jaką miał w niej Silva, począwszy od odbioru na własnej połowie). A może należałoby powiedzieć, że Chelsea wygląda lepiej bez Torresa? Nie, to ostatnie zdanie będzie dla najdroższego napastnika ligi krzywdzące: w powoli rozkręcającej się drużynie wicemistrza należał w pierwszych kolejkach do jaśniejszych punktów, choć z drugiej strony – nie strzelał… Dobra decyzja Villas Boasa; dobra dla drużyny oczywiście, no i… Sturridge też zasłużył na szansę. W dodatku, w jakim stylu ją wykorzystał…
O Liverpoolu trzeba napisać tyle, że porażka na Britannia Stadium – nie tylko w tym sezonie i nie tylko w związku z transferami, przeprowadzonymi przez Tony’ego Pulisa – nie jest dyshonorem. Poza wszystkim (czyli poza kontrowersją w sprawie karnych, którą rozstrzygam następująco: Liverpoolowi należał się w pierwszej połowie, nie należał się w końcówce, karny za faul na Waltersie słuszny) była wyborna okazja Suareza w ostatnich sekundach, a zwłaszcza akcja z 60. minuty, w której w ciągu dwunastu sekund Henderson i Adam oddali pięć strzałów. Zobaczcie zresztą sami: dla mnie to Premier League w pigułce. Premier League, czyli determinacja, wielce szanowny panie Gyan…
W kwestii Arsenalu: było nerwowo i szczęśliwie. Świetny w poprzednich meczach bramkarz Swansea podarował Arszawinowi gola, ale Walijczycy do końca walczyli o wyrównanie. Z debiutantów najlepiej wypadł technicznie nienaganny Arteta, dobrą zmianę dał w drugiej połowie Benayoun. Mertesacker nieźle się ustawia, ale nieco brakuje mu szybkości – ciekawe, jak to będzie z napastnikami ruchliwszymi od Danny’ego Grahama. Dobry wynik w Dortmundzie może być przełomem w powoli nabierającym tempa sezonie.
Nerwowości nie wyczuwało się natomiast w Tottenhamie. Może dlatego, że na murawę Molineux kolegów wyprowadzał Ledley King? Pisałem już o tym parę razy, ale muszę kolejny raz: jak to możliwe, że facet, który ostatni mecz zagrał w maju, w lipcu przeszedł kolejną operację, a od kilku lat nie jest w stanie normalnie trenować, bo kolano puchnie po 90-minutowym wysiłku i wymaga tygodnia na powrót do w miarę normalnego stanu, potrafi tak znakomicie radzić sobie na boisku? I nie chodzi tu tylko o indywidualne umiejętności Kinga, ale także o wpływ na pozostałych kolegów z defensywy, którzy nagle przestają się gubić? Harry Redknapp porównuje go z Alanem Hansenem i Bobbym Moorem – z kim musiałby go zestawiać, gdyby King mógł przygotowywać się do meczów jak każdy inny piłkarz na świecie?
Oczywiście w grze Tottenhamu zasadniczą różnicę robiło pojawienie się Scotta Parkera: w obu meczach z drużynami z Manchesteru nie było w środku pola piłkarza, który skupiałby się na przerywaniu akcji rywala w jak najwcześniejszej fazie. Parker biegał między pomocnikami Wolves, próbował odbiorów i wślizgów, ale w kluczowym momencie znalazł się także pod bramką rywala, żeby asystować przy golu Adebayora. Luka Modrić może być zadowolony z takiego partnera, zaś jego menedżer podkreśla, że mamy do czynienia nie tylko z profesjonalistą, który znakomicie się prowadzi, jest rodzinnym człowiekiem itd. (Harry wie, co mówi: spotykał Parkera na kolacjach u syna, Jamiego Redknappa, co skądinąd dawało mu niezasłużoną przewagę w negocjacjach transferowych nad każdym innym klubem…), ale także świetnie rozumie piłkę; słowem: sam stanowi materiał na menedżera.
Inny debiutant, Adebayor, nie tylko strzelił gola: popatrzcie na diagram jego podań, oddający mniej więcej to, jak napastnik Tottenhamu potrafił nie tylko siać zamieszanie wśród obrońców i mnóstwo biegać, ale także utrzymywać swój zespół w grze, dobrze przyjmując piłki i sprawnie je rozdzielając. Przed następną niedzielą Harry Redknapp znów będzie miał kłopot – do zdrowia wraca van der Vaart, mimo zaległości treningowych miejsce Adebayora w ataku wydaje się niepodważalne, więc co z Defoem, który również odzyskał formę?
Ale i tak najbardziej mi żal fanów Evertonu – podobnie zresztą jak prezesa klubu, przeciwko któremu manifestację urządzili. Kłopoty finansowe klubu nie są winą Billa Kenwrighta, a decyzje o sprzedaniu kolejnych piłkarzy nie są przejawem jego chciwości. Drużyna walczy w lidze, jakby tego wszystkiego nie było, a prezes w rozmowie z Martinem Samuelem mówi o bólu i dumie – czyli czymś, co jest chlebem powszednim kibica niemal każdego klubu świata.
Dodaj komentarz