A mnie tam żal Joe Harta. Żal mi nie tylko dlatego, że zwykle żal mi przegrywających i że zazwyczaj żal mi też bramkarzy. Żal mi, bo w tych dniach jakże łatwo czynimy go symbolem wszystkich niepowodzeń angielskiej piłki, a podsumowując jego karierę skupiamy się na nieudanych mistrzostwach Europy (zaraz, zaraz: czy nieudanych tylko dla niego? o tym, jak na francuskich boiskach wypadli Kane czy Alli, jakoś szybko przestaliśmy się rozpisywać…), zapominając o dziesiątkach meczów, w których był dla swojej drużyny bohaterem i ostatnią deską ratunku.
Pieski los bramkarza: czytasz jego biogramy i widzisz, jak często skupiają się na błędach czy obniżkach formy – jedna z nich, jak może pamiętacie, zdarzyła się Hartowi jesienią 2013 roku, kiedy w bramce Manchesteru City zastąpił go Pantilimon. Owszem, wspominają także o tym, że bronił karne Messiego czy Ibrahimovicia w Lidze Mistrzów, ale już kapitalny mecz z marca 2015 roku, gdy City odpadało z Barceloną w Champions League – Guardiola zresztą oglądał to spotkanie z trybun – ginie gdzieś w dolnych przypisach. Pewnie trudno się dziwić: nie był to żaden finał, a zaledwie jedna szesnasta rozgrywek, w dodatku mecz przegrany 1:0. Rzecz w tym, że gdyby nie Hart, mogłoby się skończyć równie dobrze 10:0 dla Barcelony, i że mało kto dziś o tym pamięta. Pieski los.
Bo przykłady przecież można by mnożyć – sam pamiętam, ile razy powstrzymywał Tottenham w meczach ligowych, nie mogliśmy się go też nachwalić w jednym ze spotkań fazy grupowej Ligi Mistrzów, jeszcze z Borussią Jurgena Kloppa. W Premier League, podczas sezonu 2015/16, popełnił tylko jeden błąd, po którym drużyna straciła bramkę – to naprawdę świetna statystyka, choć zdarzały mu się sezony, gdy liczba ta wynosiła 0. W 39 rozegranych dotąd meczach Champions League zawalił zaledwie jedną bramkę – w sumie jak podsumować jego karierę, najgorsze wspomnienia będzie miał (ciekawostka, jak czasem odśpiewanie „Boże, chroń królową” potrafi sparaliżować…) z meczów reprezentacji, a oprócz nazwisk Bale’a czy Sighordssona, pamiętał będzie także naszego Glika.
Wspomnienia najgorsze do dziś, oczywiście, bo dziś przeżywa pewnie najgorszy moment w karierze. Związany z Manchesterem City od dziesięciu lat, mający na koncie grubo ponad ćwierć tysiąca meczów dla klubu, będący jednym z liderów drużyny, stracił miejsce w wyjściowej jedenastce, a wkrótce zapewne będzie musiał odejść, bo jego nowy szkoleniowiec, człowiek, którego przyjścia on również pewnie nie mógł się doczekać, trenerska ikona, o której pozostali zawodnicy mówią, że w trzy tygodnie nauczyli się od niej więcej niż przez całe piłkarskie życie, uznał, że się nie nadaje i wstawił między słupki kogoś, o kim trudno powiedzieć, że nadaje się choćby o promil bardziej.
Joe Hart jest wszak świetnym bramkarzem – z pewnością najlepszym spośród tych, których Anglia miała w ciągu minionej dekady, a być może także będzie miała w ciągu dekady kolejnej. Obdarzony znakomitym refleksem, szybki i zdecydowany, liderujący w polu karnym; jeden z jego byłych trenerów zwraca też uwagę, że wśród największych zalet Anglika jest zdolność jak najdłuższego utrzymania się na nogach przed rzutem – że zamiast odgadywać, w którą stronę napastnik będzie uderzał, mający wyjątkowo silne mięśnie brzucha i dolnych pleców Hart ułamek sekundy dłużej od innych bramkarzy czeka, co zrobi przeciwnik. Nie dalej, jak rok temu Gianluigi Buffon twierdził, że jest najlepszy na świecie…
Ale Hart kiepsko gra nogami. Również dlatego jest mi go żal. Bo jak się czyta teksty o tym, jak wygląda szkolenie bramkarzy na Wyspach – a przynajmniej jak wyglądało do niedawna, i to naprawdę w większości klubów Premier League – wygląda na to, że nie miał gdzie i od kogo się uczyć. Przed tygodniem w Monday Night Football Gary Neville opisywał tę różnicę: zajęć dla bramkarzy w Anglii, de facto oddzielnych od zajęć dla zawodników z pola, i treningów w Hiszpanii, gdzie ekspert Sky Sports spędził feralnych kilka miesięcy na ławce Valencii i gdzie bramkarze pracują w dużej mierze z resztą drużyny. Przykładowo: kiedy piłkarze tworzą „rondo”, w którym ośmiu usiłuje utrzymać futbolówkę, a dwóch biega między nimi próbując ją odebrać – ludzie w rękawicach ganiają się w kółku tak samo jak napastnicy czy rozgrywający i już w ciągu pierwszych dziesięciu minut zajęć mają kilkadziesiąt kontaktów z piłką, a potem uczestniczą również w ćwiczeniach mających doskonalić utrzymywanie się drużyny przy piłce, a więc niejako naturalnie podnoszą umiejętności, o które chodzi Guardioli (i w których, dodajmy, Caballero wcale nie prezentuje się lepiej od Harta – w tej kolejce Premier League pobił niechlubny rekord, ośmiu niecelnych podań na własnej połowie).
W świecie idealnym Joe Hart posłuchałby rady Neville’a i został w Manchesterze City. Mając w perspektywie dobre dziesięć lat kariery, poświęciłby najbliższe miesiące na doskonalenie brakujących umiejętności i dostosowałby się do czegoś, co w świecie współczesnej piłki nie jest przecież wyjątkiem – rozgrywanie akcji z udziałem bramkarza, rozpoczynanie przez niego gry swojej drużyny, umiejętność ustawiania się za wysoko ustawioną linią obrony, przyjęcie piłki, technika uderzenia obiema nogami itd., to coraz częściej reguła. Stałby się lepszym piłkarzem, z korzyścią dla klubu, kraju, a w końcu i dla siebie samego. Tak jak stawał się lepszy, czekając przed laty na swoją szansę w Shrewsbury, czyszcząc buty i robiąc herbatę dla starszych kolegów.
Żal mi Harta także dlatego, że tego nie zrobi. Że ambicja, duma czy co tam jeszcze może nim teraz powodować, każe mu jak najszybciej zmienić klub, żeby udowodnić sobie i światu, jak bardzo Guardiola pomylił się w ocenie.
Katalończyka, rzecz jasna, nie winię za to, jak zdecydował. On przekonująco tłumaczy, że w dzisiejszych czasach trenerzy nie mają luksusu czekania, aż piłkarze się przystosują do nowych wymagań – że muszą działać błyskawicznie i zdecydowanie, na rynku transferowym tak samo jak na treningach. Pozbywając się z Barcelony Ronaldinho, Eto’o czy Ibrahimovicia pokazał, że nie boi się trudnych decyzji. A cenę ryzyka zna, jak mało kto – wkalkulował w nią zapewne nie tylko statystyki celnych podań Joe Harta i Claudio Bravo, ale i to, że Chilijczyk jest od Anglika o 11 centymetrów niższy.
Skomentuj michalokonski Anuluj pisanie odpowiedzi