No i teraz powiedzcie sami, mając w pamięci trwającą przez ostatnie dni debatę o nieobecności przedstawicieli Premier League w najlepszej ósemce Ligi Mistrzów: na co im jeszcze Liga Mistrzów, kiedy dostają na co dzień taki produkt? Po co się męczyć, zagłębiać w taktyczne niuanse, zastanawiać nad zneutralizowaniem Messiego czy Ibrahimovicia, skoro nawet bez wpływów z UEFA można zarabiać gruby szmal oferując światu naprawdę przednie widowiska? Nie lepiej dalej kultywować ideę splendid isolation?
No bo zważcie: „You’ll never walk alone” na kilkadziesiąt tysięcy gardeł. Dzikie tempo. Faule. Genialne, tnące obronę podanie Herrery, świetne przyjęcie i jeszcze lepszy strzał Maty (a przy okazji: dobrą decyzję Mike’a Mullarkeya, asystenta sędziego Atkinsona, który zauważył, że nie może być mowy o spalonym, skoro kilkadziesiąt metrów dalej linii nie upilnował Skrtel – warto takie rzeczy podkreślać w czasach, gdy sędziowie wyrzucają z boiska nie tego piłkarza, co powinni). Szekspirowski wręcz potencjał narracyjny, związany z wyjściem na swój ostatni w życiu bój z Manchesterem United Stevena Gerrarda i jego długim marszem do tunelu po czerwonej kartce, otrzymanej zaledwie 38 sekund po tym, jak zmienił Lallanę. Kapitalną drugą bramkę Maty – i znowuż potencjał narracyjny, wynikający z faktu, że bohaterem meczu dla fanów United najważniejszego w sezonie obok derbów z „hałaśliwym sąsiadem” był piłkarz, który być może wcale by w nim nie wystąpił, gdyby van Persie był zdrowy, a di Maria w lepszej formie. Fakt, że grający w dziesiątkę Liverpool strzelił bramkę kontaktową i do końca walczył o wyrównanie. Rzut karny, niewykorzystany przez Rooneya. Awanturę Skrtel-de Gea. Emocje, kontrowersje, krew uderzającą do głowy, skrócony oddech i, jak by powiedział klasyk, zapięte pasy. Jacy jeszcze nudziarze chcieliby to zrozumieć?
No, przyznam, że ja bym na przykład chciał. Wiedzieć, co działo się w mózgu Gerrarda w ciągu pierwszych sekund po wejściu na boisko, co usłyszał od trenera, co chciał udowodnić sobie, rywalom i obrażającym go kibicom rywali, a wreszcie światu. Poderwać kolegów zamierzał? Wznowić pressing, udanie funkcjonujący na początku pierwszej połowy? Pokazać, że nadszedł czas walki? Smutne, że pracując nad biografią tego wielkiego piłkarza, w jej ostatnich rozdziałach ktoś będzie musiał opisać potknięcie podczas ubiegłorocznego meczu z Chelsea i tegoroczne trzydzieści osiem sekund z Manchesterem United. A co również wymagałoby opisania, to rozpięcie kariery wieloletniego kapitana Liverpoolu między skrajnościami: cudownych goli, z dystansu i ze stałych fragmentów, rajdów i wślizgów inspirujących całą drużynę, oraz bezsensownych strat (podanie do tyłu w meczu z Francją na Euro 2004!), kartek, trafień samobójczych i feralnego potknięcia. A tak przy okazji: na siedem czerwonych kartek Gerrarda, cztery przypadły w meczach z MU i Evertonem…
Ale chciałbym też wiedzieć, jak Louis van Gaal wyobraża sobie optymalną jedenastkę Czerwonych Diabłów i czy widzi już w niej miejsce dla Juana Maty. Wiele razy w ciągu tego sezonu Hiszpan grzał ławę, wiele razy wydawało się, że nowy trener MU nie bardzo wie, co zrobić z jego boiskową elegancją, a tu proszę: to Mata daje drużynie zwycięstwo w meczu o sześć punktów, na pozycji – jak ją określił van Gaal – „fałszywego prawoskrzydłowego” grając równie dobrze, jak przed tygodniem przeciwko Tottenhamowi (traktuję te mecze łącznie, bo w siedmiu spotkaniach je poprzedzających Hiszpan zagrał zaledwie kilkanaście minut). Nie trójka środkowych obrońców, nie Falcao, nie di Maria i nie Rooney w roli rozgrywającego stanowią o obliczu MU, a Juan Mata, kolejny początkowo niechciany, a na Anfield ośmieszający Emre Cana Marouane Fellaini, oraz cudownie odnaleziony w pobliżu Michaela Carricka Ander Herrera – i nie, nie chodzi mi tu tylko o asystę tego ostatniego przy pierwszym golu Maty. Kibice MU odpukują, czytając takie zdanie, w niemalowane drzewo, ale wygląda na to, że ich ulubieńcy odnajdują wreszcie swój styl, bezpośredni, z błyskawicznym przejściem od obrony do ataku i siłą drugiej linii, przy której taki Lallana wydawał się chucherkiem.
„Pobiliśmy ich własną bronią – mówił po meczu van Gaal. – Pressingiem”. A z trybun Anfield sir Alex Ferguson uśmiechał się jakby szerzej: ci od „pieprzonej grzędy” zostali w tym sezonie ograni dwukrotnie i tracą do MU pięć punktów. Forma przyszła we właściwym momencie – i pierwsza czwórka w tym czymś, co to wcale a wcale nie tęskni za Europą, wygląda na ustaloną.
Skomentuj pablo Anuluj pisanie odpowiedzi