Mecz Tottenhamu z Arsenalem był w jakimś sensie wielką metaforą kończącego się sezonu: więcej walki niż piękna, więcej wślizgów niż dryblingów, więcej błędów w defensywie (zwłaszcza przy golach gospodarzy) niż snajperskiego geniuszu. Jak zwykle emocje od pierwszej do ostatniej minuty, jak zwykle szybkie tempo i, prawie jak zwykle, niespodziewane rozstrzygnięcie. Oraz – tu wielka metafora sezonu się kończy, bo to nie był dobry rok dla angielskich arbitrów – fantastyczne sędziowanie Marka Clattenburga. Mecz toczył się o ogromną stawkę – oglądaliśmy przecież nie tylko pojedynek dwóch największych rywali z dzielnicy i miasta, i nie tylko powrót Sola Campbella na stadion, który pamięta początki jego kariery, ale także spotkanie, które miało przedłużyć lub przekreślić szanse obu zespołów na mistrzostwo Anglii (przypadek Arsenalu) i wywalczenie prawa do gry w Lidze Mistrzów (przypadek Tottenhamu). Byłem pod wrażeniem tego, do jakiego stopnia Clattenburg pozwalał uczestniczącym w meczu wysokiego ryzyka piłkarzom na starcia bark w bark, jak w każdym możliwym przypadku stosował przywilej korzyści, jak dyskretnie kontrolował przebieg wydarzeń nie zakłócając płynności gry. Najlepszy na boisku?

Benoit Assou-Ekotto, Danny Rose i Tom Huddlestone. Fot. AFP/Onet.pl
Jestem, jak wiadomo, kibicem Tottenhamu, więc musiałem odczekać paręnaście godzin, żeby zabrać się za pisanie o tym meczu bez nadużywania emocji – zwłaszcza, że kilka odrębnych zdań wypada poświęcić także Arsenalowi. Kluczy do zasłużonego zwycięstwa „mojej” drużyny widzę kilka; są to równocześnie znaki zapytania pod adresem rywali.
Po pierwsze, pozytywne myślenie menedżera. Harry Redknapp już przed meczem mówił, że nie ma znaczenia fakt, iż trzy dni wcześniej, kiedy Arsenal odpoczywał, jego piłkarze musieli ganiać pełne dwie godziny na straszliwej murawie Wembley – będą gotowi i tyle. Nie uskarżał się też, jak całkiem niedawno Benitez i Wenger, że w ciągu dziesięciu dni przyjdzie mu grać kolejno z Arsenalem, Chelsea i MU; nie oskarżał ligowego komputera, że np. sprzyja Manchesterowi City – po prostu cieszył się, że będzie mógł się sprawdzić z najlepszymi.
Pozytywne myślenie menedżera to także pozostanie przy ustawieniu 4-4-2, oznaczającym przecież przewagę jednego piłkarza Arsenalu w środku pola (Modrić i Huddlestone przeciwko Denilsonowi, Diaby’emu i Nasriemu; obaj pomocnicy Tottenhamu biegali między rywalami do utraty tchu, a ilość bloków, wślizgów i odbiorów maleńkiego Chorwata była zdumiewająca). I wreszcie pozytywne myślenie menedżera to pełny debiut w lidze (w takim meczu!) 19-letniego Danny’ego Rose’a. Szybki skrzydłowy, który dawane mu szanse do tej pory wykorzystywał mniej więcej pół na pół, w dziesiątej minucie zdobył bramkę miesiąca (z perspektywy kogoś niezaangażowanego), sezonu (z perspektywy kibica Tottenhamu) i życia (z własnej perspektywy). Można się zastanawiać, co by było, gdyby i Wenger zechciał myśleć pozytywnie; rozumiem, że nie zamierzał ryzykować zdrowiem van Persiego, ale zostawienie na ławce Walcotta wydało mi się jednak zbyt asekuranckie.
Klucz numer dwa: solidność bramkarza i defensywy. Prosty błąd Almunii przyniósł Tottenhamowi gola numer jeden, i to w momencie, kiedy goście zdawali się dominować (niezależnie od tego, jak wysoko oceniamy kunszt uderzenia Rose’a). Prosty błąd całej formacji defensywnej przy rutynowym ustawianiu pułapki ofsajdowej przyniósł gola numer dwa (niezależnie od tego, jak wysoko oceniamy kunszt podania Defoe’a) – i to minutę po przerwie, w psychologicznie najgorszym możliwym momencie meczu. Trzy zapierające dech w piersiach interwencje Gomesa po strzałach van Persiego i główce Campbella, oraz znakomita gra duetu Dawson-King (wystawienie tego drugiego od pierwszej minuty po dwumiesięcznym rozbracie z piłką również wymagało pozytywnego myślenia) unaoczniają słabe punkty w kadrze Arsenalu. Jeden Sol Campbell – do wejścia van Persiego niewątpliwie najlepszy gracz Kanonierów, pewny w pojedynkach jeden na jednego, groźny w ofensywie i nieustannie próbujący mobilizować kolegów okrzykami i gestami – nie mógł załatać wszystkich dziur.
Klucz numer trzy: głód wygranej. Nawet Arsene Wenger podkreślał, że zawodnicy gospodarzy sprawiali wrażenie świeższych i szybszych, bardziej zdeterminowanych, wygrywających więcej „drugich piłek” itd. Chętnie przyznaję, że Arsenal ostatnio – zwłaszcza po kontuzji Ramseya – imponował zaangażowaniem, wiele mówi o tym zresztą statystyka bramek strzelanych już w doliczonym czasie gry, tu jednak trafił na drużynę, której chciało się jeszcze bardziej. Pozytywny efekt półfinałowej porażki w Pucharze Anglii? Jeśli tak, dobrze to świadczy o charakterze drużyny…
Klucz numer cztery: lepsze radzenie sobie z presją. Tu znów wypada powiedzieć słówko o menedżerach. Harry Redknapp przez cały czas konsekwentnie powtarza, że jego piłkarze nic już nie muszą, za to wszystko mogą; że – zwłaszcza mając w pamięci ubiegły rok – rozgrywają fantastyczny sezon, że gdyby w sierpniu powiedziano im, iż w połowie kwietnia naprawdę będą się bić o Ligę Mistrzów, szczypaliby się nawzajem z niedowierzania. Na tym tle wystarczy przypomnieć sobie twarz Arsene’a Wengera przy każdym zbliżeniu ławki Arsenalu; ktoś w przerwie żartował, że drugiej połowy nie będzie, bo menedżer Kanonierów eksploduje w szatni, wysadzając przy okazji połowę stadionu. Szczęśliwie nie eksplodował, ba: przeprowadził bardzo dobre zmiany, choć i w tym punkcie Redknappowi należy się szacunek (w pierwszej połowie jego napastnicy grali bardzo szeroko, schodząc do boków, zmuszając do biegania stoperów i rozciągając defensywę Arsenalu – pojawienie się w drugiej połowie Gudjohnsena w miejsce Defoe’a i cofnięcie go w kierunku drugiej linii, pozwoliło grać więcej piłką, spokojniej, choć nadal czyhając na kontrę).
Przy okazji słówko rozwinięcia niewinnego, jak mi się wydawało, zdania z jednego z poprzednich wpisów, które doczekało się fundamentalnej krytyki na odwiedzanym przeze mnie blogu pewnego kibica Arsenalu: że Arsene Wenger dochodzi do kresu możliwości swojej obecnej drużyny. Zdanie niewinne, bo przecież uzasadnione przez fakty: znamy menedżera Kanonierów z wiary w rozwijanie młodych talentów i niejakiej awersji do transferów „gotowych” piłkarzy; znamy go z przywiązania do gry opartej na niezwykle kunsztownym konstruowaniu akcji (co często grozi, że będzie o jedno podanie za dużo, kiedy prosiłoby się o prostsze rozwiązania), i z większego nacisku na swobodę w ataku niż dyscyplinę w obronie. Ograniczenia tego idiomu pokazywały w minionych miesiącach nie tylko drużyny formatu MU, Chelsea czy Barcelony…
Owszem, widzę i to, że – zwłaszcza po traumie spowodowanej kontuzją Ramseya, w grze Arsenalu pojawiło się więcej kontrolowanej agresji, na którą skądinąd menedżer Kanonierów tak często się uskarżał w wydaniu rywali. Ale oprócz zmiany stylu potrzebna jest również zmiana personelu; nie ja jeden uważam, że zestawiając np. poszczególne formacje Tottenhamu i Arsenalu tylko druga linia pozostaje miejscem, gdzie Kanonierzy prezentują się lepiej – choć przydałby się im jeszcze defensywny pomocnik… Mój polemista wymienia Songa, Vermaelena, Fabregasa (czy zostanie w klubie?), Walcotta, van Persiego, Nasriego, Ramseya, Gibbsa itd., pytając, czy przestaną się oni rozwijać. Oczywiście nie, nie przestaną: każdy z nich jest fantastycznie uzdolnionym młodym człowiekiem. Tyle że oprócz pytania o piłkarski talent, jest jeszcze pytanie o charakter, o mentalność zwycięzcy – poza Campbellem i, pożal się Boże, Silvestrem, nie ma w tej drużynie ludzi, którzy wiedzieliby, jak to jest: sięgać po te największe trofea. Jeśli po raz nie wiadomo który czytam, jak Arsene Wenger mówi, że jego piłkarzom zabrakło dojrzałości – i widzę równocześnie, że średnia wieku wyjściowej jedenastki Kanonierów wyniosła 26 lat, przy – uwaga, nadchodzą „dzieci Redknappa” – średniej 25 lat pierwszego składu Tottenhamu, to, owszem, mam wrażenie, że dotychczasowa formuła pracy Wengera z drużyną zaczęła się wyczerpywać. Zwróćcie uwagę: trzon ekipy pozostaje ten sam, ci ludzie ciężko pracują ze sobą od kilku lat, czekając na sukces, który wciąż nie może przyjść. Czy nie potrzeba zmian bardziej fundamentalnych, niż sprowadzenie Chamakha? Czy Francuzowi uda się tchnąć w tych samych piłkarzy nadzieję i wiarę, że tym razem to już na pewno się uda? Pytam z sympatią i troską, bo – jak wielokrotnie podkreślałem – uwielbiam patrzeć, jak Kanonierzy rozgrywają piłeczkę po obwodzie…
I jeszcze jedno a propos: „prewencyjna cenzura” i „wstępna moderacja komentarzy” tutaj? Miko, oszalałeś?
Skomentuj ~Miko_Gooner Anuluj pisanie odpowiedzi