Ktoś nazwał wczorajszą (i wtorkową) kolejkę najważniejszą kolejką Premiership rozgrywaną w środku tygodnia. Trudno się dziwić: los sprawił, że grała trzecia drużyna z czwartą, a dwa ścigające się konie natrafiły na przeciwników, którzy w każdym z poprzednich sezonów potrafili nieźle namieszać. A jeszcze spotkanie West Hamu z Birmingham, ciekawe nie tylko ze względu na burzę nad Upton Park, ale i konfrontację starego z nowym klubem panów Sullivana i Golda. I jeszcze Tottenham, przewidywalnie nieprzewidywalny…
Kolejka była ważna w tym sensie, że nie przyniosła żadnych definitywnych rozstrzygnięć: jeśli wskazywała na jakieś zjawiska trwające dłużej niż 90 minut, to na odrodzenie Evertonu (do pierwszego składu tej drużyny wreszcie wrócił Arteta) i zadyszkę Tottenhamu. W wykonaniu Londyńczyków był to najsłabszy mecz od dawna. Niby mieli piłkę, niby dostawali się z nią przed pole karne Wolverhampton, ale co zrobić dalej, nie mieli pomysłu: owszem, dwa razy udało się rozegrać ją z klepki i wyrobić pozycję strzelecką Krajnczarowi, ale poza tym – jak powiedział po meczu Harry Redknapp – zabrakło magii. Kiedy pod koniec sierpnia kontuzję odniósł Luka Modrić wydawało się, że to jego nieobecność skomplikuje szanse Tottenhamu na awans do pierwszej czwórki; dziś wygląda na to, że szanse te pogrzebała kontuzja Aarona Lennona. Bez jego przyspieszenia, dośrodkowań i strzałów (patrz: statystyki), zespół któryś już mecz z rzędu bije głową w mur albo raczej: próbuje trafić piłką w głowę Petera Croucha (wczoraj przez ponad godzinę brakowało i tego: zamiast Croucha grał Gudjohnsen, ale jego występ przyzywał raczej na pamięć ostatnie tygodnie pobytu Robbiego Keane’a na White Hart Lane).
Są jednak kwestie ciekawsze niż tradycyjne udręki kibica Tottenhamu. Pierwsza dotyczy wspomnianego wyścigu dwóch koni, a w jego ramach – dwóch kwestii personalnych. W meczu Manchesteru United Nani roztrwonił wiele kapitału, pracowicie zebranego podczas niedawnych meczów z Arsenalem i Manchesterem City. Jego faul był jak z podręcznika „Czego nie wolno robić na boisku”, i to z jednego z pierwszych rozdziałów – Portugalczyk dowiódł więc, że wypowiedzi Alexa Fergusona na temat jego dojrzałości były przedwczesne. Przyznam, że mam kłopot z recenzowaniem skrzydłowych Manchesteru: taki Valencia np. rozczarowuje bodaj równie często jak Nani, ale jego wczorajsze wejście na boisko okazało się bardzo dobrym posunięciem. Manchester po czerwonej kartce przeszedł na ustawienie 4-4-1, a że Rooney jak zwykle biegał jak za dwóch, wyglądało wręcz na to, że to piłkarze Fergusona grają w przewadze. A może jest tak, że utrata jednego zawodnika w dzisiejszej piłce wcale nie jest tak wielkim problemem, jak mogłoby się wydawać? Nie rozwijam tej kwestii, odsyłając do bloga Jonathana Wilsona – statystyki, które podaje, są bardzo pouczające.
Druga kwestia personalna dotyczy oczywiście Johna Terry’ego. Znajdujący się z własnej winy pod niewiarygodną presją kapitan Chelsea tym razem popełnił dwa poważne błędy. Za utratę pierwszej bramki go nie obciążam, chociaż to on usiłował dogonić Sahę w polu karnym (gorzej zachował się teoretycznie asekurujący pierwszy słupek Lampard), ale później dwukrotnie źle oceniał tor lotu piłki, wyskakiwał do główki, a potem bezradnie patrzył, jak ta go omija i ląduje na nodze Francuza – Petr Czech obronił tylko raz.
Najlepszym meczem, jaki obejrzałem w ciągu wczorajszego wieczora i dzisiejszej nocy było spotkanie AV-MU, ale drugie 45 minut pojedynku Arsenal-Liverpool mogło z nim rywalizować. Zabawne, że gol, który rozstrzygnął o wyniku „play-off o trzecie miejsce”, padł w tak niewengerowym stylu: zamiast długiego rozgrywania piłki po obwodzie i próby prostopadłego zagrania – piłka do boku, dośrodkowanie i główka… Jako dinozaur pamiętam Kanonierów prowadzonych przez George’a Grahama i te ich niezliczone zwycięstwa 1:0 – akcja zakończona golem Diaby’ego przypominała tamten Arsenal, podobnie zresztą jak wślizg Gallasa podczas szarży Ngoga przypominał interwencje Davida O’Leary’ego. Inna sprawa, że Liverpool – inaczej niż Chelsea czy MU – zostawił piłkarzom Arsenalu zaskakująco dużo miejsca. Dzisiaj na Anfield Road zaprezentowano figurę woskową Stevena Gerrarda, gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że w co najmniej kilku momentach drugiej połowy wyglądało na to, że Kanonierzy mają naprzeciw siebie kilka figur woskowych. Gdyby jeszcze Rosicky po bajecznym podaniu Arszawina lepiej przyjął piłkę…
Skomentuj ~Michał Zachodny Anuluj pisanie odpowiedzi