Pewien Francuz powiedział przed laty, że czas wielkich narracji się skończył – jakie to szczęście, że Francuzów dawno już nie ma na tych mistrzostwach Europy. Rzecz bowiem w tym, że to właśnie wielkiej narracji potrzebujemy, żeby opowiedzieć na nowo o udziale Turków w Euro 2008. Przecież to trzeba opowiedzieć na nowo, bo choć o wszystkich tych golach strzelanych w ostatnich minutach, o dogrywce z Chorwatami, o dziesiątkujących drużynę kontuzjach i dyskwalifikacjach mówiono do znudzenia, wciąż nie zbliżono się do odpowiedzi na pytanie, dlaczego właściwie ta grupa przeciętnych piłkarzy zaszła aż tak wysoko.
Napisałem „przeciętnych”? Bądźmy szczerzy: przed mistrzostwami nikt nie stawiał na Turków w półfinale, a mało kto myślał, że mogą wyjść z grupy. Niby wyrażaliśmy uznanie za ambicję, za ofiarność i odwagę, za walkę do końca, ale przecież widzieliśmy, że to nie tyle nadzwyczajne przymioty któregoś z zawodników tureckich (powtórzmy jeszcze raz test „transferowy”: czy choć jednego z nich zobaczymy w przyszłym sezonie w jakimś czołowym klubie Europy?), co popełniane w kluczowych momentach błędy rywali były powodem ich awansu do półfinału.
Dziś jednak ta odpowiedź przestała wystarczać, bo reprezentacja Turcji była od Niemców wyraźnie lepsza. Szybciej biegali. Imponowali techniką. Strzelali niemal bez przerwy i niemal zawsze celnie. Bez najmniejszych problemów utrzymywali się przy piłce wymieniając nawet kilkanaście podań na połowie rywala. Wyłączyli z gry Ballacka, poza dwiema sytuacjami nie dopuścili do piłki Podolskiego, a Miroslav Klose skończyłby ten mecz bez gola, gdyby Rustu w jednej z najważniejszych chwil swojego życia pozostał na linii. Jeśli dobrze policzyłem, Niemcy oddali w całym meczu tylko trzy strzały w światło bramki – i wszystkie przyniosły im gole.
Wczoraj pisałem, że na tym turnieju zamiast o wielkich gwiazdach lepiej mówić o bohaterach zbiorowych. Może więc słowem-kluczem dla tej wielkiej narracji mogłoby być słowo „zespół”? Przeciętni czy nie, może zaszli tak wysoko właśnie dlatego że byli drużyną, im bardziej zdziesiątkowaną, tym bardziej zintegrowaną? Jeśli tak, to jest smutnym paradoksem (ale jaką korzyścią dla narracji!), że ten zbiorowy bohater przegrał przez jednego człowieka.
Pamiętacie „Głową w mur”, film Fatiha Akina o mieszkających w Niemczech tureckich imigrantach? Pamiętacie dzikość i bezradność odtwórcy głównej roli Birola Unela? Jeśliby na podstawie tak przeze mnie pożądanej wielkiej narracji miał kiedykolwiek powstać film, Unel i tu mógłby zagrać główną rolę: rolę bramkarza po przejściach, najpierw rezerwowego, później broniącego rzut karny herosa, a w końcu człowieka, który popełnia decydujący o losach spotkania błąd i który już nigdy nie zdoła tego błędu naprawić.
O Niemcach ani słowa. Jakoś nie zasłużyli.
Skomentuj ~Bogdan Anuluj pisanie odpowiedzi