Co jest najgorsze podczas ostatnich dni przed meczem? Jacek Krzynówek w wywiadzie dla „Dziennika”: „Czekanie. Nie znoszę tego. Już chciałbym grać. Rozgrywam sobie ten mecz w głowie, myślę, jak będę się ustawiał, jak się zachowam w konkretnych sytuacjach”. Rozgrywa Krzynówek, rozgrywamy i my. Bohater tekstu Marka Bieńczyka z ostatniego numeru „Tygodnika” zbiera się do podróży nocnym pociągiem z Wiednia do Warszawy. W drodze „będzie mógł śnić ujrzane miejsca, widzieć, jak się zaludniają, jak piłka wreszcie płynie po murawie, jak padają pierwsze bramki, Rogera przewrotką, Żurawia z woleja, Bąka główką w ostatniej minucie”. Czekanie, odliczanie, czas „nabierania tchu przed wielkim skokiem”, jak mówił Beregond do Pippina na murach Minas Tirith. Czas, zanim przyjdzie Wielkie Rozczarowanie albo Wielkie Spełnienie, albo ani jedno, ani drugie, bo nasi ani się nie skompromitują, ani nie zachwycą. Czas, kiedy jeszcze można napisać wszystko.
Weźmy inny cytat: „17 października 1973. Środa. Zwykły dzień, taki jak inne, a zarazem jakiś niezwykły. A może najzwyklejszy, może to tylko mój nastrój i wyobraźnia przydają mu cech niecodziennych i podniosłych?”. To Wiktor Osiatyński, opisujący w książce „Przez Wembley do Monachium” poranek przed najsłynniejszym meczem w historii polskiego futbolu. Czytam to po raz kolejny, żeby zabić czas, żeby już się zaczęło. Pamiętam, jak w podstawówce wybierałem się na Cracovię: od wczesnego rana nie mogłem wytrzymać w domu, więc wychodziłem i szedłem piechotą przez całe miasto, zgarniając po drodze kolegów, a i tak musieliśmy stać przed stadionem, bo przychodziliśmy grubo za wcześnie. Pamiętam też film dokumentalny nakręcony podczas mundialu 1998 przez reżysera-kamerzystę, który towarzyszył ekipie Francji: zaglądał do pokojów piłkarzy, podpatrywał, jak ktoś drzemie, ktoś słucha muzyki z discmana leżąc na łóżku z nogami opartymi wysoko o ścianę, ktoś pisze czy ogląda coś na laptopie… W ciągu ostatnich paru godzin próbowałem wszystkich tych sposobów.
Na szczęście to już jutro. I od razu Czesi. Czesi, którzy – jak napisał cztery lata temu Jarosław Gowin – byli moralnymi zwycięzcami Euro 2004. W redakcji długo nie mogliśmy się pogodzić z tym, że nie wygrali tamtego turnieju i nie mielibyśmy nic przeciwko temu, żeby udało się im tym razem. Ciekawe, czy to dlatego, że ich siwowłosy trener przypomina trochę Beenhakkera? Piłkarze mówią o nim ponoć Kleki-petra, jak nazywał się biały nauczyciel Winnetou i Inczu-czuny, a wśród anegdot, które dostarczył nam czeski korespondent „Tygodnika”, jest i ta, że w ciągu ponad 30 lat podróży z drużyną tylko dwa razy wyszedł z hotelu, w Tallinie i na Malcie, ale właściwie to nie wie, po co.
Boję się tego codziennego pisania o Euro z trzech co najmniej powodów. Pierwszy to brak na mistrzostwach reprezentacji Anglii – w końcu angielskim futbolem interesuję się najbardziej i o nim mam najwięcej do powiedzenia. Drugi uświadomił mi dzisiaj Rafał Stec: pisanie o piłce na gorąco w zasadzie uniemożliwia jej spokojne oglądanie. Powód trzeci i może najważniejszy, to różnica wrażliwości z niemałą grupą polskich kibiców. Powiedzmy to, póki czas: mecz z Niemcami nie będzie dla mnie powtórką z Grunwaldu, nie domagam się od Leo głów rywali. Nie tylko dlatego, że pod Grunwaldem nie było Holendrów: patrząc trzeźwo, wydaje mi się, że Niemcy, a później Chorwaci okażą się po prostu za mocni. Zamierzam się cieszyć trzema tygodniami z piłką, nawet jeśli Polacy wysiądą po dziewięciu dniach, choć oczywiście – podobnie jak w Osiatyńskim sceptyk walczy we mnie z kibicem – wolałbym, żeby spotkanie w Klagenfurcie stało się kolejnym najważniejszym meczem w historii polskiego futbolu. Czy 8 czerwca 2008, niedziela, okaże się zwykłym dniem, takim jak inne?
Skomentuj ~kaperek Anuluj pisanie odpowiedzi