Klubowa piłka rządzi. Wystarczy, że przychodzi pogłoska o pomundialowych transferach Silvy i Toure do Manchesteru City, wystarczy kolejny odcinek sagi o Fabregasie i Barcelonie albo niedyskrecja Harry’ego Redknappa, że skontaktował się z agentem Joe Cole’a, a nasze serca zaczynają bić szybciej, jakby na znak, że prawdziwy futbol jest gdzie indziej. Czy jest na tym mundialu drużyna, która stopniem opracowania stałych fragmentów, zgrania poszczególnych formacji, a wreszcie poziomem mogłaby się równać z najlepszymi klubami Europy? Czy zamiast uściskać się w tunelu przed meczem, Ronaldo i Kaka nie mogliby wspólnie czegoś wygrać?
Zostawiam tę kwestię otwartą, a w ogóle ją poruszam szukając usprawiedliwienia: podczas meczu Brazylii z Portugalią zastanawiałem się głównie nad tym, czy jeżeli Real pod Jose Mourinho będzie grał tak, jak Brazylia Dungi, to Wyjątkowy utrzyma się na stanowisku dłużej niż sezon. Że będzie to strategia efektywna, nie wątpię, ale czy efektywność jest tym, o co kibicom Realu (i Brazylii) chodzi najbardziej – nie jestem pewien (skądinąd wojny Dungi z brazylijskimi mediami nie różnią się bardzo od tych, które prowadził Mourinho jako trener Interu).
Mam ten wątek rozwijać, czy o meczu Brazylii z Portugalią chcielibyście jak najszybciej zapomnieć? Przeglądam notatki, które robiłem na bieżąco i widzę, że po upływie kilku godzin nic z nich nie zostało. Może gdyby sędzia utrzymał dynamikę kartkowania (siedem żółtych w ciągu zaledwie 45 minut), mielibyśmy o czym dyskutować, ale najwyraźniej w przerwie ktoś mu poradził, żeby przestał robić z siebie durnia. Może gdyby wyrzucił z boiska Juana za zatrzymanie ręką piłki, która zmierzała w kierunku wychodzącego na czystą pozycję Ronaldo… Może gdyby Dunga nie zdjął w porę tracącego kontrolę nad sobą Melo… Zwróćcie uwagę: wszystko, o czym tu piszę, wiąże się z naruszeniami dyscypliny, bo dyscyplina była dziś dla obu trenerów słowem-kluczem.
Z tego punktu widzenia należałoby nawet oba zespoły skomplementować: schowana za podwójną gardą Portugalia dopuściła tylko do jednej niebezpiecznej sytuacji, po której Eduardo sparował na poprzeczkę strzał Nilmara. Równie dobrze osłonięta Brazylia zezwoliła osamotnionemu w ataku Ronaldo na dwa rajdy, zakończone fantastycznym blokiem i równie fantastycznym wślizgiem Lucio. Jak tak dalej pójdzie, to jedenastkę turnieju będziemy układać z samych obrońców i defensywnych pomocników…
Tym bardziej, że hiszpańscy artyści gry ofensywnej wciąż do końca nie przekonują. Ich dzisiejszy występ przeciwko Chile zaczął się od kompletnego oddania inicjatywy: w pierwszych minutach to piłkarze Marcelo Bielsy imponowali iście hiszpańską wymianą szybkich podań i fantastyczną grą bez piłki (ilustracja z 10 minuty, kiedy po krótkim rozegraniu Beausejour-Validivia Mark Gonzalez miał kapitalną okazję do strzelenia bramki), później jednak bramkarz reprezentacji Chile do spółki z meksykańskim sędzią ułatwili mistrzom Europy zadanie: moment szaleństwa Oscara Bravo wykorzystał David Villa, a przypadkowe potrącenie Torresa przez Estradę – jeśli w ogóle miało miejsce – zostało zakwalifikowane jako faul na (drugą) żółtą kartkę. Wyrzucenie z boiska Chilijczyka rozstrzygnęło o losach meczu bardziej nawet niż drugi gol (owszem, Millar zmniejszył później rozmiary porażki, ale grać w dziesiątkę w takim tempie i na tej wysokości dłużej się już nie dało).
Potwierdziła się nienajlepsza opinia o zespole Bielsy: atakują fantazyjnie, z tyłu zostawiając trójkę obrońców, ale wciąż mają kłopoty z dyscypliną (w eliminacjach do mundialu obejrzeli siedem czerwonych kartek). Hiszpanie natomiast mają kłopoty z naoliwieniem maszyny. Niby to niemal ci sami piłkarze, którzy tak bajecznie grali na mistrzostwach Europy (Marcosa Sennę godnie zastępuje Busquets), ale albo ewidentnie przemęczeni sezonem, albo dochodzący do siebie po przewlekłych kontuzjach. Iniesta strzelił dziś kapitalną bramkę, ale na razie gra w kratkę, podobnie jak Xavi, kolejna godzina na boisku Fernando Torresa nie spowodowała wzrostu jego formy, są zastrzeżenia do postawy Casillasa…
Podsumowywać Mundialu na tym etapie nie ma chyba sensu – wydarzenia pędzą zresztą tak szybko, że nie ma na to czasu. Widać, że stara Europa ledwo zipie, a Ameryka Południowa ma się świetnie (choć Argentyna Maradony nie została dotąd poważnie przetestowana): wszystkie zespoły, które reprezentowały ten kontynent w rozgrywkach grupowych awansowały do dalszych gier, i to spośród nich rekrutują się najjaśniej, jak dotąd, błyszczące gwiazdy. Co jednak najważniejsze: nie sposób w tym momencie wskazać faworyta.
Skomentuj ~piotrek Anuluj pisanie odpowiedzi