Moje ulubione momenty mundialu w RPA? Niemcy prowadzą już różnicą dwóch bramek, rywale powoli przestają wierzyć, że mogą cokolwiek osiągnąć, któryś z defensywnych pomocników – najczęściej Schweinsteiger – przerywa ich niemrawy atak, piłka trafia do Özila, który szybko posyła ją na skrzydło do Müllera lub Podolskiego, a potem…
Nie, potem wcale nie musi paść kolejny gol (choć często pada). Wystarczy, że zobaczę jeszcze jedną akcję, rozegraną na pełnej szybkości i zakończoną strzałem, by na dobre odzyskać wiarę w piłkę nożną. Jeśli zdarzało nam się co jakiś czas narzekać na te mistrzostwa świata, to po osiągniętym w tak imponującym stylu awansie Niemców do półfinału miałbym ochotę powiedzieć, że w całej jego niedoskonałości, przy zbyt wielkiej liczbie drużyn, umęczeniu kandydatów na gwiazdy, rozczarowaniu bylejakością Anglików czy Włochów, sędziowskimi wpadkami, jabulani frunącą zbyt wysoko po każdym uderzeniu z rzutu wolnego itd., itp., w dniu dzisiejszym tegoroczny mundial został ostatecznie usprawiedliwiony.
Jestem zachwycony prostotą i skutecznością niemieckiej gry. A przecież na czysty zachwyt pozwalam sobie rzadko; tym, co interesuje mnie najbardziej, jest poszukiwanie odpowiedzi na pytanie, jak wygląda anatomia czyjegoś sukcesu; z jakich decyzji trenerskich, z jakich błędów został zrobiony. W przypadku dzisiejszego meczu nie wystarczy przecież powiedzieć, że ustawiła go szybko zdobyta bramka. Przy poprzednich występach Argentyny powtarzałem jak mantrę, że w zasadzie nie została poważnie przetestowana, zwłaszcza w defensywie (wszyscy dotychczasowi rywale zespołu Maradony myśleli raczej, by się bronić; jeżeli o czymś marzyli, to o nieśmiałej kontrze albo stałym fragmencie, przy którym pogubi się Demichelis). Przy poprzednich występach Niemców podnosiłem z kolei zalety ustawienia 4-2-3-1, gwarantującego zarówno niezbędną asekurację, kiedy zespół traci piłkę, jak i przeprowadzenie morderczego ataku, kiedy ją odbiera. Jeśli Niemcy atakowali, robili to ósemką piłkarzy, jeśli się bronili – również robili to w ośmiu. Jeżeli atakowała Argentyna, robiła to w pięciu, jeżeli się broniła – robiła to w siedmiu. Za każdym razem przewagę osiągali – w dodatku bez porównania szybsi – zawodnicy Joachima Löwa.
Przewaga Niemiec w środku pola była ogromna. To już nie tylko proste stwierdzenie dotyczące defensywnych pomocników, że we dwójkę Khedira i Schweinsteiger potrafili zapanować nad większą powierzchnią boiska niż osamotniony Mascherano po drugiej stronie. Kiedy było trzeba, nie tylko w drugiej linii, ale wręcz przed linią obrony operowali Özil, Podolski i Müller – nic dziwnego, że aby w ogóle zobaczyć piłkę Messi wielokrotnie musiał cofać się aż na własną połowę. Kolejny problem: i Tevez, i Messi grali bardzo blisko siebie, rzadko schodząc do boków. Kiedy Boateng i Lahm przeprowadzali swoje rajdy wzdłuż linii bocznej, prawie nikt ich nie atakował! Gdzie byli di Maria, a zwłaszcza kompletnie niewidoczny Maxi Rodriguez?
Diego Maradona jako trener od miesięcy pozostawał dla mnie enigmą i jeśli po tym spotkaniu miałbym wysnuć jakąś nieśmiałą hipotezę, to chyba taką, że analizy gry przeciwnika nie miał wpisanej w zakres obowiązków, a kiedy już był świadkiem jakiegoś błędu swoich piłkarzy, nie potrafił ich nakłonić do wyciągnięcia wniosków. Wszystkie trzy bramki Niemców w drugiej połowie zostały strzelone po akcjach tą samą stroną, z wykorzystaniem słabości prawego obrońcy – a i rzut wolny, po którym padł pierwszy gol, podyktowany został za faul w tamtej strefie. Odnosiło się wrażenie, że za każdym razem oglądamy tę samą szarżę, a tylko na koszulce zmienia się nazwisko: z Podolskiego na Schweinsteigera (cóż za drybling! i cóż za bierność obrońców!), a potem na Özila. Patrząc na rozpaczliwe poczynania Otamendiego zrozumiałem wreszcie, dlaczego w fazie grupowej na prawej stronie argentyńskiej defensywy operował Gutierrez; wciąż nie zrozumiałem za to, dlaczego Maradona nie zabrał do RPA Zanettiego…
Wiele się pisało o triumfie Ameryki Południowej nad Europą – a tymczasem wśród półfinalistów aż trzech reprezentuje nasz kontynent. Tyle że Hiszpanie bardziej doczołgali się do półfinału niż się do niego wdarli (albo zaciągnął ich tam za uszy David Villa). Właściwie to jestem poirytowany, że w drugiej połowie ten mecz był z punktu widzenia laika aż tak atrakcyjny: najpierw niewykorzystany karny dla kopciuszka z Ameryki, minutę później karny dla mistrza Europy, wykorzystany, ale sędzia nakazuje powtórkę i za drugim razem Xabi Alonso już nie jest tak pewny, potem ewidentny faul na Fabregasie, ale arbiter nie decyduje się na podyktowanie kolejnej jedenastki… Wreszcie, na 7 minut przed końcem jedna, jedyna (jak mawia Dariusz Szpakowski) akcja Hiszpanów, strzał Pedro w słupek, dobitka Villi również odbijająca się od słupka, a potem od drugiego, ale ostatecznie lądująca w siatce. I te dwa strzały Paragwajczyków na dwie minuty przed końcem: pierwszy wypluty przez Casillasa przed siebie, ale drugi kapitalnie obroniony czubkiem buta…
Jestem poirytowany, bo przez godzinę nudziłem się śmiertelnie, a po mistrzach Europy spodziewałem się więcej. To już nie tylko Torres, niemogący dojść do siebie po kontuzji, ale także Iniesta i Xavi rozczarowywali niecelnymi podaniami (!), a nawet niestarannością w przyjęciu piłki – nie chce mi się wierzyć, że miało to związek ze zlekceważeniem rywala, który dopóki sił starczyło mógł imponować pressingiem na całym boisku, zaangażowaniem w każdy wślizg i szybkością większą niż hiszpańska.
Młodych Niemców Hiszpanie z pewnością nie zlekceważą. Ale w takiej formie niewiele będą im w stanie przeciwstawić. Dużo więcej oporu spodziewam się ze strony Urugwaju w drugim półfinale, ale jeżeli po raz pierwszy w tych mistrzostwach miałbym się poważyć na typowanie, powiedziałbym, że w finale zagrają dwa zespoły z Europy, i że jednym z nich będą Niemcy. Jak wielu z nas będzie im wtedy kibicować?
PS Dzięki za wszystkie głosy w dyskusji na temat zachowania Luisa Suareza w 120. minucie wczorajszego meczu Urugwaj-Ghana (zwłaszcza za te polemiczne…). Przed chwilą podano informację, że napastnik Ajaxu został zawieszony na jeden, a nie na dwa mecze, co moim zdaniem jest jednak zwycięstwem zdrowego rozsądku.
Dodaj komentarz