Mak pisze, że przestał myśleć o Francuzach, pewnie słusznie. Może o niewiarygodnej historii występu Les Miserables na mundialu w RPA należałoby jak najszybciej zapomnieć? Nie przeciągać już tej opowieści, dorzucając wypowiedź trójkolorowej pani minister o moralnej katastrofie, która stała się udziałem reprezentacji jej kraju. Nie pastwić się nad tym, że Raymond Domenech po meczu z RPA nie podał ręki Carlosowi Albertowi Parreirze, ani że odsunięty od gry Patrice Evra próbował odegrać się na trenerze w rozmowie z dziennikarzami, a teraz zapowiada, że jak tylko wróci do domu, opowie całą prawdę o czymś, o czym powinien zamilknąć na wieki. Nie kolekcjonować kolejnych anegdot w stylu tej, że irlandzka filia Pizza Hut, która obiecała rozdać 350 darmowych pizz za każdą bramkę strzeloną Francuzom (jak pamiętacie, to kosztem Irlandii i dzięki ręce Henry’ego piłkarze znad Sekwany pojechali na mundial), będzie musiała upiec ich 1400. Wystarczy powiedzieć, że koniec wieńczy dzieło: niezależnie od roszad w składzie, od przywrócenia do łask Yoanna Gourcuffa, eksperymentów z Gignakiem i Cisse, Francuzi grali dziś tak samo źle jak w poprzednich meczach. A może i gorzej, jeśli zważyć, jak katastrofalny błąd popełnił Hugo Lloris przy pierwszej bramce i jak mierzący 191 cm Diaby dał się przeskoczyć o 10 cm niższemu Khumalo, albo jak przy golu numer dwa pogubiło się, darujcie kogucią złośliwość, trzech obrońców Arsenalu. Co do czerwonej kartki, obejrzałem masę powtórek, z każdą kolejną dochodząc do przekonania, że nie można o nią mieć pretensji: zobaczcie zresztą sami łokieć Gourcuffa wbijający się w szyję Sibayi. Do widzenia, Francuzi, nie musicie już nikomu podawać ręki.
„A jak Ameryka”, czyli mimo zwycięstwa RPA nad Francją z grupy A awansują dwa zespoły zza oceanu. O sportowy przebieg meczu Urugwaju z Meksykiem były obawy – na szczęście niepotwierdzone, i znaleźli się tacy dziennikarze, którzy wezwali piłkarski świat do złożenia stosownych przeprosin. Z drugiej strony, kto by nie chciał grać o zwycięstwo w meczu, którego stawką było niewpadnięcie w kolejnej rundzie na Argentynę…. Po raz kolejny przyjemnie patrzyło się na Giovani dos Santosa w reprezentacji Meksyku, i na zabójczy duet Forlan-Suarez w Urugwaju, ale wrażenie robiła przede wszystkim defensywa zwycięzców, która w trzecim kolejnym meczu nie dopuściła do utraty gola, dziś pozwalając Meksykanom w zasadzie na jedyną groźną sytuację, kiedy niepilnowany Francisco Rodriguez główkował obok słupka. Fucile, w trzydziestej minucie fantastycznie powstrzymujący wdzierającego się w pole karne Giovaniego, gra w FC Porto – może ktoś chciałby kupić Urugwajczyka, który sztukę wślizgu doprowadził do perfekcji? Na razie w Portugalii śpiewają o nim pieśni…
W kwestii tych ostatnich Fucile nie może się oczywiście równać z Maradoną, którego trenerskie kompetencje wciąż pozostają dla mnie zagadką, podobnie jak szczelność argentyńskiej defensywy: nawet grająca wyłącznie długie piłki na Samarasa Grecja potrafiła dwukrotnie zaskoczyć Demichelisa. Chylę więc przed Argentyną czoło za awans, za trzy zwycięstwa, za to, że kiedy nie udaje się z akcji, udaje się ze stałego fragmentu, za Messiego i za odpoczywającego dziś Mascherano, ale mam poczucie, że prawdziwy egzamin jeszcze nie nadszedł.
To właściwie niewiarygodne, że nawet grając w niezbyt szybkim tempie, unikając wślizgów, nie ryzykując żółtych kartek etc., Argentyńczycy zdołali oddać 16 celnych strzałów na bramkę, aż 82 proc. czasu gry utrzymując się przy piłce. Z rezerwowych z pewnością wykorzystał szansę Clemente Rodriguez, więcej spodziewałem się po Milito, a zwłaszcza po Aguero: w kolejnych rundach zięć Maradony znów będzie się musiał zadowolić rolą zmiennika. Co do broniących się w dziesięciu Greków (z nieodstępującym na krok Messiego Papastopulosem): jakże się cieszę, że nie doszło do powtórki z Euro 2004, podczas którego z tak metodyczną precyzją zabijali piłkę nożną… Choć może cieszę się za wcześnie: odpadł Rehhagel, ale Hitzfeld ma jeszcze szansę.
„Dziwny jest ten mundial. Taki jakiś bez polotu. Więcej rozmów o tym, co dzieje się poza boiskiem, niż o samej grze. Gdybym był teraz małym chłopcem, chyba nie zostałbym fanem futbolu po tym, co widzę” – to opinia Lecha, zamieszczona pod poprzednim wpisem. Siadam teraz do powtórki spotkania Nigerii z Koreą Południową, ale z tego, co zdołałem dotąd przeczytać, był to jeden z tych meczów, które opinię o mundialu poprawiają: emocji co niemiara, walka do ostatniej minuty, cztery gole i najbardziej niewiarygodne pudło w historii mistrzostw świata.
A skoro już przy tym jesteśmy: dziś minęła 24. rocznica najpiękniejszej i najbardziej zawstydzającej bramki w historii mistrzostw świata. Autorem obu był człowiek, jak go teraz opisuje mój ulubiony prozaik, „w podejrzanie błyszczącym garniturku, z falowaną fryzurą, z pierścieniami, jak herszt bandy, król cwaniak Stasiukowego pogranicza, wszystkimi kończynami odgrywający bez chwili wytchnienia swe paralityczne flamenco, swe modlitewne obrządki kultu Ja-Argentyna”. Czytajcie w „Tygodniku” Kroniki Mundialu…
Skomentuj ~Spokojnie Anuluj pisanie odpowiedzi