Wypada zacząć od przymiotników i skończyć któreś ze zdań wykrzyknikiem: że niewiarygodna, najlepsza na świecie, najbardziej emocjonująca liga świata kolejny raz pokazała swoje oblicze. Przesadzam, wyposzczony dwutygodniową przerwą, w dodatku spędzoną w dużej mierze na taplaniu się w polskim bajorze? Chyba jednak nie: bramki fenomenalne (Defoe) i kuriozalne (samobój Almunii) bombardowały nas od pierwszej do ostatniej minuty, a nawet już w doliczonym czasie gry, w sobotę było ich 40 w ośmiu meczach, a jeśli odliczyć jednobramkowe zwycięstwo Wigan nad West Hamem, to 39 w siedmiu – cóż za średnia! Mistrzowie podnosili się z kolan, kandydaci na mistrzów w ostatnich sekundach urywali się ze stryczka, weterani zachwycali (Giggs w MU), gwiazdeczki bulwersowały (Adebayor w MC)… Naprawdę jest o czym pisać.
Piąta kolejka miała przede wszystkim zweryfikować siłę Manchesteru City: podopieczni Marka Hughesa po raz pierwszy w tym sezonie natrafili na przeciwnika co się zowie – w dodatku imponującego formą od początku rozgrywek. Mecz miał podteksty (Adebayor i Toure jeszcze niedawno występowali na Emirates), przygotować taktykę nie było łatwo, zważywszy na reprezentacyjne rozjazdy (w większości klubów kadrowicze zdążyli odbyć jeden wspólny trening), a problemem Hughesa była jeszcze lista kontuzjowanych: do Roque Santa Cruza dołączyli Robinho i Tevez. W sumie byłaby szkoda, gdyby w kontekście tego meczu mówiono głównie o Adebayorze: jego prowokacyjnym zachowaniu wobec kibiców gości i nadepnięciu na twarz van Persiego, które Holender uznał za celowe. Sam Adebayor miał też kilka wielkich chwil (oprócz gola akcja, po której Wright-Philips powinien strzelić kolejnego), choć architektami zwycięstwa, oprócz tradycyjnie już Givena, byli niestrudzenie biegający między obrońcami gości Bellamy i porządkujący grę w środku pola Barry. Pomyśleć, że to nie ich transfery przyciągały uwagę mediów, a sprowadzenie Walijczyka do MC wręcz krytykowano…
Kiedy Shay Given puścił pierwszego w tym sezonie gola i wydawało się, że Arsenal złapie wiatr w żagle, MC – inaczej niż w ostatnich latach – odzyskał inicjatywę i strzelił 3 gole w 12 minut. Arsenal zaś, jak zwykle, sprawiał wrażenie kontrolującego grę i, jak często, poległ na skutek indywidualnych błędów. Kluczowy moment? Pojawienie się na boisku Petrowa w miejsce mającego słabszy dzień Irelanda. Miał nosa Hughes, że nie sprzedał Bułgara do Tottenhamu.
Tottenham tymczasem otrzymał bolesną lekcję, a jego kibice – odpowiedzi na dwa ważne pytania. Pierwsze, o rzeczywisty stopień postępów, jakie drużyna zrobiła w ostatnich miesiącach. Drugie, o znaczenie kurującego złamaną nogę Luki Modricia. Zwłaszcza ta ostatnia kwestia musi niepokoić: Harry Redknapp zdecydował się na wystawienie z przodu duetu Crouch-Defoe, i powierzenie zadań Modricia (teoretycznie lewa pomoc, praktycznie wolny zawodnik) Robbiemu Keane’owi. Wyglądało to średnio, a od momentu, gdy MU zaczęło grać w dziesiątkę – wręcz niedobrze. Piłka zbyt często wędrowała od obrońców prosto do Croucha, Aaron Lennon w zasadzie jej nie dostawał, po zmienionym w przerwie Palaciosie z minuty na minutę widać było, że dopiero co odbył podróż przez ocean, Huddlestone mimo starań nie był w stanie odcisnąć swojego piętna na tym spotkaniu – słowem, wszystko, co funkcjonowało w poprzednich meczach, zostało przez MU rozpracowane.
Sam Manchester pokazał zaś, że tylko pierwsze kolejki sezonu miewa trudne. Imponował zwłaszcza Giggs, fatalny np. w meczu z Arsenalem, ale też Fletcher, ustawiony tym razem po prawej stronie, Anderson (wreszcie!), no i Rooney. W dziesięciu grali jeszcze lepiej niż w jedenastu, a podanie, dzięki któremu padła trzecia bramka dla United… Kto potrzebuje Ronaldo, kiedy ma w składzie Rooneya i, hm, Fletchera?
Wróćmy jednak do kwestii Tottenhamu bez Modricia. Harry Redknapp wie już chyba, że Robbie Keane nie jest piłkarzem, który może wejść w jego rolę, i następne mecze Irlandczyk zaczynać będzie na ławce, na lewym skrzydle zaś, w bardziej schematycznym ustawieniu 4-4-2 zobaczymy… No właśnie kogo? Rozum podpowiada, że Niko Krajnczara, którego Redknapp zna i lubi jeszcze z czasów Portsmouth. Serce chciałoby, aby szansę otrzymał Giovani dos Santos, rozgrywający wspaniałe mecze w reprezentacji Meksyku, ale czy menedżer zdecyduje się postawić na niego w meczach innych niż o Puchar Ligi? Jest jeszcze możliwość przesunięcia Lennona na lewą stronę i wprowadzenia na boisko Bentleya. Przeciwko Chelsea jednak (wciąż nie starcza miejsca napisać o niej porządniej – za tydzień to już na pewno, a może w komentarzach…) spodziewam się zagęszczonego środka pola, kto wie – może nawet po raz pierwszy w tym sezonie gry jednym napastnikiem.
Tak czy inaczej kapitalny mecz: z założenia otwarta gra obu stron, piękne gole i piękne interwencje bramkarzy, wślizgi i kartki, tempo nawet jak na standardy Premiership imponujące, no i kibice… Pamiętam zwłaszcza magiczny moment mniej więcej z 55. minuty, kiedy Foster obronił strzał Jenasa, chwilę później Crouch trafił w poprzeczkę, a trybuny w ułamku sekundy wyczuły, że właśnie teraz piłkarze szczególnie mocno potrzebują ich wsparcia. Miałem słuchawki na uszach i przyznaję: ciarki chodziły mi po plecach.
PS Dwa Manchestery spotykają się już za tydzień. A poza tym sądzę, że piłkarska reprezentacja Polski nadal potrzebuje trenera z zagranicy.
Skomentuj ~piotrek Anuluj pisanie odpowiedzi