Zastanawiam się, co myśli teraz Alex Ferguson. Wiem oczywiście, że za kilkanaście godzin czeka go mecz z Portsmouth i że powinien ostatni raz przeanalizować, powiedzmy, ustawienie piłkarzy tego zespołu przy rzutach rożnych, ale nie wierzę że odpuścił sobie oglądanie transmisji z Anfield Road. Czuje wstyd, bo nie dalej niż wczoraj kwestionował mobilizację Arsenalu na ten mecz po demoralizującej porażce z Chelsea? Czuje niedosyt, bo jednak gospodarze nie przegrali? Czuje ulgę, bo do ostatniej chwili mogli nawet wygrać? Czuje i to, i to, i to? A może zmienia skład na środowe spotkanie, żeby tych najlepszych i najbardziej wypoczętych piłkarzy zachować na półfinał Ligi Mistrzów (uwaga: z Arsenalem)? Do końca ligi ma siedem meczów – Liverpool pięć, a oba kluby mają tyle samo punktów…
Tydzień po tygodniu najlepsze angielskie zespoły oferują nam piłkarskie superhity. Tydzień po tygodniu jednak eksperci muszą kręcić nosami: i w meczu Chelsea-Liverpool sprzed tygodnia, i w pojedynku Liverpoolu z Arsenalem z dziś roiło się od błędów, które tak doświadczeni szkoleniowcy jak Wenger i Benitez powinni odchorowywać. Tempo tempem, kunszt napastników – kunsztem napastników, ale przecież przez ogromne fragmenty tego spotkania zawodnicy Arsenalu uprawiali, jak by to określił przedstawiciel Polskiej Myśli Szkoleniowej, „krycie na radar”. Jak można było zostawiać Liverpoolczykom tyle swobody, jak można było dopuścić do tylu strzałów (gdyby po pierwszych 30 minutach wynik brzmiał 3:0, nikt nie miałby pretensji do Fabiańskiego), no i jak do cholery można było prowadząc w 93. minucie jednym golem zostawić we własnym polu karnym czterech tylko piłkarzy, gdy przeciwników było w nim ośmiu?!
Fantastyczny, niewiarygodny Arszawin (ostatni piłkarz, który zdołał strzelić cztery gole Liverpoolowi na jego stadionie, zrobił to w 1946 roku…). Ale też świetni Torres i Benayoun – ten ostatni zwłaszcza (brawo Benitez!) po wymianie pozycji z Kuytem. Wciąż nieprzekonujący – mimo dobrej gry na linii w ciągu pierwszych 45 minut – Fabiański (refleks to jedno, umiejętność ustawiania się, niewychodzenia bez potrzeby, bezpiecznego wykopywania zamiast niebezpiecznego odgrywania do kolegi – drugie). Współwinny utraty pierwszej bramki, niezawodny zazwyczaj Mascherano. Kuriozalny Fabio Aurelio (ale też i Bacary Sagna – w ogóle nie był to mecz bocznych obrońców…). Kontrowersyjny Howard Webb.
Tak, eksperci muszą kręcić nosami. Weźmy momenty, w których padały bramki: czy Wenger nie przestrzegał, żeby pilnować się zwłaszcza w ciągu pierwszych 10 minut po przerwie? Dlaczego prowadząc 2:3 i 3:4 jego podopieczni nie potrafili przetrzymać piłki dłużej niż kilkanaście sekund? Czemu tak licznie pędzili do przodu? Stawiając te pytania nie chcę przecież umniejszać klasy Liverpoolu, tyle razy odrabiającego straty. Gdybyż jeszcze i oni potrafili się lepiej bronić: Arsenal nie miał w tym meczu ani jednego rzutu rożnego, a celnych strzałów na bramkę poza golami Arszawina nie było…
Dobra, dość marudzenia. Alex Ferguson jako człowiek nie pierwszej młodości widział takich meczów mnóstwo (choćby ten z 1989 r., kiedy gol Michaela Thomasa strzelony właśnie tutaj, na Anfield, odebrał mistrzostwo Liverpoolowi), więc pewnie nie podpala się tak łatwo jak my, ale my jesteśmy podpaleni. Najlepszy mecz najlepszego sezonu Premier League?
Skomentuj ~Ala Anuluj pisanie odpowiedzi