Kilkanaście minut po meczu zadzwonił Damian Kwiek z radiowej Trójki, z pytaniem sprowokowanym przez tytuł bloga: o okrucieństwo futbolu. O, jakże chciałbym, żeby w tym przypadku można było mówić o okrucieństwie, które wiążę jednak z jakąś walką, z oporem, wysiłkiem – z jakąś próbą przeciwstawienia się losowi, który wprawdzie okazuje się nieubłagany, ale z którym usiłujemy się zmagać. Z żadną z tych rzeczy nie mieliśmy w Mariborze do czynienia i jeżeli coś w ogóle odrobinę podnosi mi ciśnienie (oprócz, rzecz jasna, pogłoski, że najpoważniejszym kandydatem na następcę Leo Beenhakkera jest Stefan Majewski), to poczucie, że kolejny raz w naszym cholernym kibicowskim życiu zostaliśmy wystawieni do wiatru: miała być przecież walka, opór, wysiłek, a było jedno z najdłuższych 90 minut, jakie pamiętam, przewidywalnych jak pomyłki Dariusza Szpakowskiego.
Nie musiało tak być. Gdyby nie te kilkadziesiąt sekund w końcówce już niemal wygranego meczu ze Słowacją, Artur Boruc nie jechałby do Belfastu popełnić kolejnego błędu… Czy to wtedy zaczęła się równia pochyła? A może podczas pierwszego meczu ze Słowenią, kiedy siedzący na trybunie honorowej kadrowicze usłyszeli rechot działaczy PZPN, zadowolonych, że drużynie Beenhakkera nie idzie? Holender był dead man walking od bardzo dawna, Stefan Szczepłek w swoim wielkim tekście „Popłoch przed północą” pokazał, że zapotrzebowanie na jego głowę istniało już przed spotkaniem z Portugalią podczas poprzednich eliminacji – wtedy jednak zwycięstwo reprezentacji pokrzyżowało plany (podobnie jak przed rokiem wygrana z Czechami). O stosunku władz PZPN („naszego ostatniego KC”, jak to ujął Marek Bieńczyk) do trenera kadry wiedzieli piłkarze, wiedzieli współpracownicy, wiedział sam Beenhakker – w tym sensie trudno się dziwić, że coraz trudniej im było wykrzesać entuzjazm do dalszej wspólnej pracy.
Zgoda: Holender popełniał błędy i jak pewnie wszyscy polscy kibice inaczej wyobrażałem sobie rozstanie z nim, ale pewnie jak większość polskich kibiców nie ustawię go w roli kozła ofiarnego. Nie sądzę, żeby ktokolwiek inny wykrzesał więcej z tych piłkarzy i z tego zaplecza. Może Guus Hiddink, gdyby dano mu uprawienia podobne do tych, które otrzymał w Rosji (skądinąd w Moskwie nikt nie podnosił larum, że selekcjoner podejmuje na kilka miesięcy pełnoetatową pracę nie jakiegoś tam konsultanta, ale menedżera pełną gębą jednego z największych klubów Europy)…
Żenuje mnie styl, w jakim rzecz się odbyła (i w jakim odbywała się przez cały czas: te nieustanne rozmowy o pieniądzach, sugerowanie menedżerskich układów czy pośredniczenia przy transferach…), ale powiem i to: skoro istnieje jeszcze teoretyczna szansa na udział w barażach, zmiana trenera może przynieść doraźną korzyść. Może zadziała efekt nowego menedżera, może wypaleni i pozbawieni wiary w siebie zawodnicy otrzymają zastrzyk energii i jeszcze raz powalczą. Piłka nożna zna wiele przypadków realizacji podobnego scenariusza, choć tak naprawdę nie myślę, by mógł się spełnić i nie myślę, by Grzegorz Lato rozumował w ten sposób. Skoro zamyśla o zatrudnieniu Stefana Majewskiego (mieszkam w Krakowie, więc pogląd na tego szkoleniowca zdołałem sobie wyrobić), wypada raczej przygotować się do wyjątkowo długiego snu zimowego. Po blamażu na Euro 2012 będzie można zacząć od nowa, a do tego czasu oglądać np. odmienionych przez Fabio Capello Anglików. Aaron Lennon był wczoraj znakomity…
Dodaj komentarz