O tym, jak niewiarygodna była to kolejka, napisano już wiele, także pod moim ostatnim wpisem. Im więcej o tym wszystkim czytam, tym bardziej się zastanawiam, na co my właściwie poświęcamy najlepsze godziny naszego życia? Na oglądanie meczów, których sędziowie nie potrafią porządnie poprowadzić (casus Arsenal-Newcastle, ale i Tottenham-Bolton oraz Everton-Blackpool, gdzie arbiter odgwizdywał faul zawodnika Blackpool, gdy Saha trafiał właśnie do siatki – gdyby zastosował przywilej korzyści, Francuz zdobyłby w tym meczu pięć goli…)? Na kibicowanie drużynom, których bramkarze mają maślane ręce (przypadek Gomesa z Tottenhamu, grającego chyba najgorszy mecz w życiu Gordona z Sunderlandu oraz Rachubki z Blackpool, którego po kuriozalnej stracie uratowała jedynie interwencja Evatta, akrobatycznie wybijającego piłkę z pustej bramki), których obrońcy nie umieją porządnie kryć (przypadek stoperów Newcastle, ale też MU, gdzie kryminalnie odpuszczono pierwszy róg dla Wolves, Hutha przy bramce Gyana, i Samby, przepuszczającego piłkę do Rodallegi), których pomocnicy grają nie fair (Scholes po siatkarsku próbujący wepchnąć piłkę do bramki Wilków, i Giggs, faulujący Doyle’a), nie potrafią zapanować nad emocjami (przypadek nie tylko Diaby’ego, ale także atakującego Szczęsnego Nolana)?
Futbol nie jest okrutny, futbol jest paradoksalny. Weźmy Manchester United, który przez blisko rok nie daje się pokonać żadnej z drużyn Premier League, po czym przegrywa z ostatnim zespołem w tabeli (chociaż fakt, że zamiast duetu Ferdinand-Vidić oglądaliśmy Vidicia z Evansem, może służyć za jakieś racjonalne wytłumaczenie). Weźmy ostatni zespół w tabeli, który wygrał w tym sezonie z pięcioma spośród siedmiu najlepszych klubów ekstraklasy. Weźmy Arsenal, o którym aż się prosi dać jakieś mocne zdanie, np. że mistrzem Anglii po prostu nie może być drużyna dająca sobie wyrwać czterobramkowe prowadzenie (wiem: rozżaleni kibice Kanonierów podnoszą, że wejście Bartona w Diaby’ego było ostre, że Nolan powinien zostać ukarany za wywrócenie Szczęsnego, a zwłaszcza, że drugi karny został wzięty z kapelusza, ale niech zważą, iż sędzia nie uznał prawidłowego gola Besta – na powtórkach widać, jak Rosicky łamie linię spalonego…). Weźmy wreszcie Chelsea, która mając atak wart pewnie 100 milionów z górą nie potrafi przez 90 minut wytworzyć jednej czystej sytuacji.
Na co więc poświęcamy najlepsze godziny naszego życia? Lubimy patrzeć, jak piłkarze taplają się w błocie, jak na stadionach Wigan i Wolves? Cieszy nas ciche bohaterstwo, jak w przypadku grającego z rozbitą głową bramkarza Blackpool i obrońcy tej drużyny, lądującego z kontuzją uda we własnej bramce, ale niedopuszczającego do niej piłki, a nade wszystko Charliego Adama, którego uraz podciął kolegom skrzydła – kiedy opatrywano go za linią, Everton wreszcie wyszedł na prowadzenie?
A może oglądamy to ze względu na piękno bramek, zdobywanych przez strzelców nieprawdopodobnych, jak Tiote, zajmujący się dotąd głównie faulowaniem przeciwników Newcastle, cały sezon grzejący ławę w Tottenhamie Krajnczar, wypożyczony do Aston Villi Walker, który po sześciu zaledwie meczach w Premier League otrzymuje powołanie do reprezentacji, debiutujący w ligowym meczu Blackpool Puncheon albo kapkujący przed uderzeniem na bramkę Robinsona McCarthy z Wigan?
Lubimy w nieskończoność debatować o taktyce, jak przed, w trakcie i po spotkaniu Chelsea z Liverpoolem? Ten mecz zasługuje na osobne potraktowanie, ale – w odróżnieniu od wszystkich wczorajszych – bardziej ze względu na rozgrywane przez menedżerów szachy niż wynikające z tego emocje. Pomysł Carlo Ancelottiego wydawał się klarowny (i ćwiczony w tygodniu z Sunderlandem): wykorzystać wszystkich, z wyjątkiem Maloudy, najgroźniejszych piłkarzy, licząc że ich nieustający ruch będzie siał zamieszanie w defensywie Liverpoolu – że Torres z Drogbą będą schodzić do linii bocznej, rozciągając obronę, podobnie jak operujący między liniami Anelka. Problem w tym, że się nie udało: obaj napastnicy grali zbyt statycznie, a Anelka nie umiał znaleźć sobie wolnego miejsca do gry, z kolei boczni obrońcy nie mogli atakować tak, jak pewnie spodziewał się menedżer Chelsea, absorbowani rajdami Kelly’ego i Johnsona. Nie oglądało się tego dobrze: wszędzie tam, gdzie Ancelotti liczył na stworzenie przewagi, na piłkarza Chelsea czekał piłkarz Liverpoolu. Goście więcej biegali, zaczynając pressing od niezmordowanego Kuyta, co momentami stwarzało wrażenie, jakby było ich na boisku o kilku więcej niż gospodarzy. Świetny mecz zagrał Lucas, defensywą bezbłędnie dyrygował Carragher. Czy to zasiadający na ławce obok Dalglisha Steve Clarke jest odpowiedzialny za niewiarygodną wręcz poprawę organizacji gry Liverpoolu? W takim razie jakże muszą pluć sobie w brodę włodarze Chelsea, że nie zdecydowali się na ponowne zatrudnienie sprawdzonego współpracownika Mourinho i Granta…
Biorę twitterowców na świadków: przed meczem spodziewałem się bezbramkowego remisu, i pewnie tak by się skończyło, gdyby nie niespodziewane nieporozumienie między Czechem a Ivanoviciem (skądinąd nie pierwsze w tym meczu). Postawa mistrza Anglii rozczarowaniem weekendu? Wyścig o czwarte miejsce wciąż daleki od rozstrzygnięcia, a Liverpool – grający przecież bez Suareza i Carrolla – właśnie się do niego włączył? Lepiej, żeby Chelsea odpuściła sobie ustawienie w diament? Trójką środkowych obrońców grywało się z powodzeniem w latach 90., czyli akurat wtedy, kiedy Kenny Dalglish odnosił swoje największe sukcesy menedżerskie. Futbol nie jest okrutny, futbol jest paradoksalny…
Skomentuj ~RW Anuluj pisanie odpowiedzi