„Proces” – Louis van Gaal wypowiedział to słowo powoli i z naciskiem. „Proces” – powtórzył po raz drugi. „Mówiłem wam na każdej konferencji prasowej. W kółko i do znudzenia. Może sobie przypominacie. Kiedy piłkarze zaczynają rozumieć, co mają robić na boisku, wszystko idzie znacznie łatwiej. To jest proces, tłumaczyłem to masę razy. Teraz sądzę, że większość piłkarzy wie, co ma robić”.
Proces to dobre słowo. Zakłada, że pewne rzeczy potrzebują czasu (choć w przypadku Manchesteru United, po zatrudnieniu supertrenera i zainwestowaniu ogromnych pieniędzy w superpiłkarzy, można było pewnie oczekiwać, że sprawy potoczą się szybciej – przełamanie nastąpiło dopiero przed miesiącem, podczas meczu z Tottenhamem). Zakłada też, że nigdy nie można sobie pozwolić na zatrzymanie – wtedy bowiem, w sposób nieunikniony zaczyna się kryzys. Opowieść o kończącym się powoli sezonie Manchesteru City będzie, obawiam się, opowieścią o zatrzymaniu. Spróbujmy dzisiejsze derby podsumować w trzech punktach.
1. Pellegrini uśpił City
Może nie zostanie zwolniony jutro rano, jak śpiewali mu zachwyceni kibice Manchesteru United niedługo po bramce Juana Maty, ale coraz trudniej wierzyć, że będzie prowadził Manchester City w sierpniu 2015 roku – i w ogóle wydaje się pewne, że w sierpniu 2015 roku będzie to musiał być zupełnie inny Manchester City. Manuel Pellegrini odpadł z Ligi Mistrzów, szans na triumf w Pucharze Anglii pozbawiło go drugoligowe Middlesborough, wiadomo już, że nie obroni mistrzostwa Anglii, a w chwili gdy to piszę pod znakiem zapytania jest nawet, czy utrzyma miejsce w pierwszej czwórce (jeśli Liverpool wygra w poniedziałek z Newcastle, jego strata do MC zmniejszy się do czterech punktów). Na domiar złego teraz jeszcze przegrał derby – i to po tym, jak w ciągu poprzednich kilkunastu miesięcy wygrywał je aż czterokrotnie. W ostatnich piętnastu meczach tylko cztery zwycięstwa (najgorsza statystyka w czasie dotychczasowych rządów 61-letniego Chilijczyka), fatalna postawa obrony: błędy Demichelisa czy Zabalety oraz kłopoty ze zdrowiem i koncentracją (upiekło mu się przy faulu na Blindzie…) Kompany’ego, zbyt mała rywalizacja w składzie piłkarzy grających ze sobą już zbyt długo, zbyt pewnych swojej roli (Yaya Toure kompletnie bez formy, a i tak wychodzi w pierwszym składzie) i zbyt zaawansowanych wiekowo (najstarszy zespół angielskiej ekstraklasy), w końcu zaś trener mówiący na pomeczowej konferencji, że nie rozumie, co się stało z drużyną, która tak udanie zaczęła mecz… Nie wiem jak wam, ale mnie to się składa na wizję zespołu, który osiadł na mistrzowskim laurze w momencie gdy rywale poszli do przodu. Wszystkiego nie można tłumaczyć Finansowym Fair Play, bo jednak miliony na Mangalę czy Bony’ego się znalazły… Alex Ferguson wiedział, co robi, regularnie pozbywając się ze zwycięskiego składu gwiazd tej wielkości, co Beckham czy van Nistelrooy. To też był proces.
2. Fellaini ma łeb
O dzisiejszym zwycięstwie MU przesądziły gole Maty, Fellainiego, Younga i Smallinga – co charakterystyczne, bo na temat niepewnej przyszłości każdego z tych piłkarzy w ostatnich miesiącach dyskutowaliśmy. Największy postęp zrobił oczywiście Fellaini, bo o tym, że Mata potrafi grać na najwyższym poziomie mogliśmy się przekonywać w ciągu jego wspaniałych sezonów w Chelsea. W przypadku Hiszpana nierówna forma i tygodnie spędzane na ławce w MU były jedną z zagadek towarzyszących kolejnym eksperymentom (pardon: towarzyszących procesowi) van Gaala z taktyką i ustawieniem, w przypadku Belga wszakże wydawało się, że zwyczajnie nie jest wystarczająco dobry, by grać w pierwszej jedenastce tego zespołu. Po nieudanym sezonie pod Davidem Moyesem, kiedy pojawił się w przedsezonowym sparringu na Old Trafford kibice go wybuczeli, a to, że w tym samym czasie klub próbował się go pozbyć, było tajemnicą poliszynela – dziś jednak, gdy schodził z boiska, fani United żegnali go owacją na stojąco. Jonathan Wilson ukuł w tych dniach malownicze określenie „deep-lying target man”, by opisać najnowszy wynalazek van Gaala: drągala, który w tradycyjnie angielskim rozumieniu powinien walczyć w powietrzu jako najbardziej wysunięty zawodnik swojej drużyny, a który u niego jest jednym z trójki… pomocników. Rozmowa na temat byłego piłkarza Evertonu nie jest już tylko rozmową o wzroście czy łokciach (były skądinąd w użyciu także dzisiaj) – zdanie, że „Fellaini ma łeb” można rozumieć jako coś więcej niż zwykły opis jego zwycięskich pojedynków główkowych.
3. Van Gaal obudził United
Ale łeb ma też Louis van Gaal. Były trener Ajaxu czy Barcelony – w odróżnieniu od takiego np. Carlo Ancelottiego – był zawsze znany z tego, że system jest dla niego ważniejszy od piłkarzy. Nic dziwnego, że wart fortunę di Maria niemal cały mecz przesiedział na ławce (podobnie zresztą jak Falcao), a w miejscu, gdzie moglibyśmy się spodziewać Argentyńczyka, brylował Ashley Young. Zgodnie z definicją procesu trudno uznać Manchester United za skończone dzieło (zwłaszcza postawa defensywy i zbyt częste straty piłki muszą martwić holenderskiego trenera), ale widząc to, jak rozzłoszczeni pierwszym golem Aguero piłkarze tej drużyny odrabiali straty, nie sposób było nie przyznać, że charakter mają jak za czasów Fergusona, a i system wydaje się znaleziony. Zarówno z Tottenhamem, jak z Liverpoolem i MC, było to mniej więcej 4-3-3, z Carrickiem, Herrerą i Fellainim w środku, oraz Youngiem i Matą towarzyszącymi Rooneyowi (mniej więcej, bo przecież sam van Gaal określa Matę mianem „fałszywego prawoskrzydłowego”, gdyż Hiszpan często i chętnie schodzi do środka, a Fellaini, atakując z głębi pola, szuka sobie miejsca po lewej stronie). Melanż piłki bezpośredniej (te wszystkie długie zagrania do Belga) i kombinacyjnej (te wszystkie trójkąty, organizowane przez Matę z Herreą i Valencią), ustabilizowany skład, szóste ligowe zwycięstwo z rzędu, coraz wyraźniejsza perspektywa powrotu do Ligi Mistrzów po sezonie… Śpiący na Old Trafford olbrzym przebudził się i – jak słyszymy – wie, co ma robić dalej.
Skomentuj KrólJulian Anuluj pisanie odpowiedzi