O tym, że Olympique Lyon jest silnym przeciwnikiem, w ciągu ostatnich lat przekonywał się niejeden europejski zespół. Ale nic to: media, zwłaszcza angielskie, rządzą się własną logiką. Minęły zaledwie dwa tygodnie od tekstu „Benitez ma kłopoty”, w którym opisywałem umiarkowane zachmurzenie nad Anfield Road, i zachmurzenie zdążyło przejść w gwałtowne opady. Przeglądam kolejne gazety i portale: „Czy porażka z Francuzami to początek końca ery Beniteza? Wypowiedz się: tak / nie”. „Czy Kenny Dalglish powinien być menedżerem Liverpoolu?”. „Czy Benitez przetrwa do końca sezonu?”. A może jego skórę – zastanawia się jeden z komentatorów – uratuje skomplikowany sposób podejmowania decyzji przez właścicieli klubu, którzy w zasadzie ze sobą nie rozmawiają? O takich to kwestiach dyskutuje się dzisiaj w Anglii.
Wiem, że nigdy nie było powodów, by darzyć Rafę Beniteza zbyt wielką sympatią – całkiem niedawno Henry Winter nakreślił jego obraz jako zimnego, taktycznego obsesjonata z całkowitą nieumiejętnością obcowania z ludźmi (z dziennikarskiego punktu widzenia brzmi to jak wyrok…). Wiem też (dyskutowaliśmy o tym pod ostatnim tekstem), że trudno go całkowicie rozgrzeszać z polityki transferowej: miał w ciągu pięciu lat pracy znakomite posunięcia, ale miał również wiele nietrafionych, i trudno się dziwić, że w tych dniach przypomina się głównie te ostatnie. Skądinąd Lee Cattermole, który w sobotę jako piłkarz Sunderlandu zneutralizował drugą linię Liverpoolu, mógł w tym meczu zagrać w czerwonej koszulce – Benitez jednak, zamiast wydać 6 milionów na młodego Anglika, wolał zainwestować 20 milionów w niegrającego od miesięcy Aquilaniego. Podobnie krytycznie można oceniać decyzje taktyczne z ostatnich dni: wystawienie trójki obrońców w meczu z Sunderlandem wcale nie uszczelniło defensywy, postawienie na Ngoga w ataku podczas meczu z OL nie przyniosło efektu bramkowego (nie lepszy Kuyt, grający w tym miejscu przed transferem do Liverpoolu?), a zmiana Benayouna na Woronina została natychmiast oceniona przez kibiców – buczeniem.
Mnie jednak nade wszystko interesuje ten medialny mechanizm, który raz uruchomiony – wydaje się nie do powstrzymania. Rafa Benitez czyta gazety, podobnie jak czytają je jego pracodawcy i podwładni. Po oczach biją go te wszystkie wyliczenia: o najgorszej serii od 1987 r. albo o zespole, w którym tylko trzech piłkarzy (Reina, Gerrard i Torres) ma mistrzowskie kwalifikacje… To ostatnie jest opinią Stana Collymore’a, jednego z rzeszy coraz śmielej krytykujących Hiszpana byłych piłkarzy Liverpoolu – im bardziej zresztą ich droga menedżerska lub piłkarska była powikłana, tym ostrzejsze formułują sądy. Porównajmy choćby osiągnięcia trenerskie Beniteza z sukcesami grzmiącego wczoraj w SkySports Sounessa…
Ostatnią szansą na zatrzymanie rozkręconej spirali medialnej jest niedzielny sukces w meczu z MU. Goście z Old Trafford w tym sezonie nie imponują (tak samo zresztą jak w poprzednim…), ale swoje robią. Tyle że mamy do czynienia z czymś w rodzaju „derbów Anglii” – meczem, w którym taktyczne decyzje Beniteza liczyć się będą równie mocno, co pasja jego urodzonych w Liverpoolu i okolicach piłkarzy: Carraghera i Gerrarda. Pytanie tylko, czy Gerrard wystąpi? Na razie jest to wątpliwe, podobnie jak udział w tym spotkaniu Torresa, Riery i Johnsona…
Podobnych problemów Benitez jeszcze w Liverpoolu nie miał. Szkoda tylko, że kiedy mówimy o kryzysie wywołanym przez kontuzje, na odsiecz Liverpoolowi nie może przyjść Michael Owen. On także był do wzięcia w wakacje.
Skomentuj ~fan.sport Anuluj pisanie odpowiedzi