Po raz pierwszy od wielu tygodni Jose Mourinho miał naprawdę udany wieczór. Siedział, tak sobie wyobrażam, na wygodnej kanapie, i przy kieliszku wytrawnego Dão czy Douro z krzywym uśmiechem wysłuchiwał, jak eksperci Match of the Day marudzą coś na temat Diego Costy – zupełnie tak, jak przed kilkoma laty w jakimś telewizyjnym show w Hiszpanii marudzili coś na temat innego trenowanego przezeń wroga publicznego, Portugalczyka Pepe. Uwielbia ten stan. Moralne wzmożenie, zafrasowane twarze, przypominanie pryncypiów, wytykanie palcem. I komplet punktów na koncie. I jeszcze wpadka tych, którzy przez pierwsze pięć kolejek wygrali pięć razy, nie tracąc ani jednego gola: porażka Manchesteru City z West Hamem, powodująca, że strata jego piłkarzy do lidera zmalała do, ekhem, zaledwie ośmiu punktów.
Smakowało mu wszystko: że Dão czy Douro to jasne, ale także to, że znów wygrał z Arsenalem, i to, że Arsene Wenger po raz kolejny nie wytrzymał nerwowo ich konfrontacji, zarówno przed meczem, kiedy podawał mu rękę z zauważalną niechęcią, jak po, kiedy najpierw zbiegł jak najszybciej do tunelu, a potem aż krztusił się z oburzenia na zachowanie Diego Costy.
Żebyśmy się dobrze zrozumieli: menedżer Arsenalu ma rację, mówiąc, że zachowanie Hiszpana wobec Gabriela Paulisty było nie do zaakceptowania, ale jego podstawowe zadanie w takich sytuacjach polega na wytłumaczeniu piłkarzom, czego mogą spodziewać się po tym konkretnym rywalu i dopilnowaniu, by prowokowani przez Costę utrzymali nerwy na wodzy. Dopiero potem może skarżyć się sędziemu, dziennikarzom i całemu światu, który w takim przypadku stanąłby po jego stronie. Gdyby, powtarzam, jego piłkarze utrzymali nerwy na wodzy.
Tak, Jose Mourinho tamtego wieczoru napawał się nie tylko wybornym bukietem, suknią czy końcówką portugalskiego wina, ale też powtórkami, w trakcie których Gabriel opierał się przed zejściem do szatni, a Arsene Wenger narzekał („jak zwykle” – skomentował z lubością trener Chelsea, po czym palnął mały wykład, jak to przygotowując piętnaście lat temu swoich podopiecznych do meczu Benfica-Porto, tłumaczył im, że aby wygrywać derby, muszą przede wszystkim panować nad sobą). „Domyślam się, że kiedy byłeś dzieckiem, grałeś tylko w badmintona” – zdanie, które wypowiedział do przyciskającego go podczas pomeczowego wywiadu dziennikarza, powtarzały właśnie wszystkie telewizje. „Costa grał tak, jak powiedziałem mu, żeby grał, i właśnie z powodu takiej gry stadiony są pełne, a wy sprzedajecie ten sport milionom telewidzów na całym świecie. Bo w piłkę trzeba grać właśnie tak, jasne? Dla mnie Diego Costa był człowiekiem meczu”.
Z tym ostatnim zdaniem wielu zapewne się zgodzi, przynajmniej w tym sensie, że incydent z udziałem napastnika Chelsea miał dla losów spotkania z Arsenalem decydujące znaczenie. Wcześniej Kanonierzy radzili sobie dobrze – zwłaszcza Sanchez, kolejny w tym sezonie skrzydłowy sprawiający problemy Ivanoviciowi, i szybko biegający między obrońcami Walcott. Może i elegancja podań gości nie przekładała się na okazje, ale Chelsea też nie zachwycała: chaosu i strat było tyle, że gdyby nie ów incydent (i może jeszcze kontuzja Coquelina, pozbawiająca obronę Arsenalu niezawodnej asekuracji) można by się zastanawiać, czy mecz nie skończy się 0:0. Dopiero po czerwonej kartce, kiedy miejsca na boisku zrobiło się nieco więcej, Fabregas zaczął przypominać siebie z początku poprzedniego sezonu, a Hazard przeprowadził kilka rajdów, do których przywykliśmy przed wakacjami, a których w sierpniu i wrześniu raczej nam skąpił.
Jest rzeczą niesamowitą (zwrócił na nią uwagę w „Gaurdianie” Barney Ronay), że wedle pomeczowych statystyk Diego Costa – traktujący obrońców rywali łokciem, łapskami i obelgami niemal przez całe spotkanie – nie faulował ani razu. To może jeszcze dać mu nagrodę fair play? Odpowiedź na to pytanie Mourinho oczywiście nie trapi. On wygrał (zresztą kolejny raz, bo w tygodniu zaczął od zwycięstwa sezon Ligi Mistrzów), a dzięki bramce Kurta Zoumy udowodnił również, że decyzja o odsunięciu od składu Johna Terry’ego także okazała się słuszna (bramka bramką – na szybkiego Walcotta Zouma przecież o niebo lepszy; Mourinho tłumaczył też, że gdyby po kiepskim początku sezonu nie potrzebował zwycięstwa aż tak desperacko, ustawiłby obronę niżej i wtedy pewnie kapitan mógłby zagrać…). Rutyna wygrywania – jeśli o przypomnienie sobie jej smaku chodziło w trakcie tych derbów, Portugalczyk osiągnął cel. Cokolwiek o tym powiedzą moraliści.
Ronay jednak swoim ironicznym felietonem, nie pierwszy zresztą raz, prowadzi na dobry trop. Bo przecież da się o sprawie Diego Costy rozmawiać poza argumentami z dziedziny moralności, piękna gry i fair play; bez wpadania w zastawioną przez Mourinho pułapkę „przecież to wy tak naprawdę chcecie oglądać piłkę zamienioną we wrestling”. Otóż niekoniecznie. Otóż wystarczyłaby czujność Mike’a Deana lub któregoś z jego asystentów; czujność oraz zwykły przedmeczowy research, mówiący, że w meczu między takimi rywalami na Costę trzeba uważać w sposób szczególny. W ciągu kilkunastu sekund poprzedzających wyrzucenie Gabriela z boiska, napastnik Chelsea mógł obejrzeć nie jedną i nie dwie, a trzy żółte kartki i samemu zostać poproszonym o zejście do szatni. Jose Mourinho się pomylił: człowiekiem meczu nie był Diego Costa, był nim Mike Dean.
Skomentuj Radek Anuluj pisanie odpowiedzi