Zapytajcie dowolnego kibica Tottenhamu o mistrzostwo Anglii, walkę o drugie, a nawet trzecie miejsce – wyśmieje Was. Jesteśmy pod tym względem minimalistami, jak jamnik wychowany pod szafą: jedyne, o czym marzymy, to powrót do Ligi Mistrzów, czyli żeby uznać sezon za niewiarygodnie wręcz udany, wystarczy nam miejsce czwarte. I tak oznacza ono przecież, że przeskoczyło się kogoś z duetu Arsenal-Chelsea, za których plecami czaił się jeszcze Liverpool. Patrząc z perspektywy sierpnia 2011, czyli z perspektywy odległej zaledwie o pięć miesięcy, wydaje się to niewiarygodne. Wtedy wszak nie było w klubie ani Adebayora (rozpaczliwie dziś nieskutecznego), ani Parkera (dziś kontuzjowanego), a wszystkie znaki na niebie i ziemi mówiły, że Modrić zamiast walczyć o prawo gry w Lidze Mistrzów z Tottenhamem, będzie ją zapewniał Chelsea.
Dziś o zwycięstwo nad zawsze walecznym i zawsze dobrze zorganizowanym Evertonem przyszło grać nie tylko bez Parkera czy Sandro, zazwyczaj asekurujących obronę, ale także bez Gallasa i Kinga. Kaboul i Dawson grywają ze sobą rzadko i każdy z nich jest typem stopera, który świetnie się czuje uzupełniany przez doświadczonego i nieustannie podpowiadającego kolegę – właśnie w stylu Gallasa czy Kinga. A jednak zarówno para środkowych obrońców dała radę (nie licząc dwóch błędów Kaboula: z 1. minuty, kiedy dopuścił do groźnego uderzenia Sahy, i z 83. minuty, kiedy faulował w polu karnym Drenthe), jak też bardzo dobry mecz rozegrał zastępujący Parkera Jake Livermore. Zanim zaczniemy wpadać w zachwyty nad człowiekiem w dwóch różnych butach, zauważmy zdyscyplinowanego taktycznie, skoncentrowanego młodzieńca, który nie tylko bezpiecznie podawał, ale też odbierał piłki rywalom, i to niemal nie faulując (statystyki Livermore’a: podania 76/77, wślizgi 3-0, pojedynki 5-2, do tego 8 odbiorów – jak na defensywnego pomocnika ideał). I doceńmy także van der Vaarta (ile razy wracał pod własne pole karne, żeby uczestniczyć w rozegraniu piłki), a przede wszystkim Aarona Lennona, który długo w zasadzie niewidoczny wykorzystał przecież tę kluczową okazję z pierwszej połowy. Wciąż utrzymuje się krzywdząca opinia, że prawoskrzydłowy Tottenhamu kiepsko dośrodkowuje i powinien popracować nad wykończeniem akcji, tymczasem od kilkunastu miesięcy odnoszę wrażenie, że w obu elementach piłkarskiej sztuki można na niego liczyć – a jeśli już apelować o poprawienie skuteczności, to do Luki Modricia, bo jak na zawodnika porównywanego z Paulem Scholesem (tak jest, czytałem dyskusję pod poprzednim wpisem…), Chorwat strzela stanowczo zbyt mało bramek.
Dojdźmy jednak wreszcie do człowieka, który przed kilkunastoma minutami zdobył jednego z najpiękniejszych goli tego sezonu. Benoit Assou-Ekotto również rzadko strzela bramki, no ale w końcu jest lewym obrońcą, a poza tym jego jedyny do dziś gol dla Tottenhamu, strzelony przed dwoma laty Liverpoolowi, był bodaj czy nie jeszcze piękniejszy. Pamiętamy, że do klubu sprowadził go tak przed laty krytykowany dyrektor sportowy Damien Comolli i że długo nie mogliśmy odżałować, iż stawianie na niego przez kolejnych menedżerów blokuje rozwój talentu niejakiego Garetha Bale’a. Pamiętamy też, że zawodnik słynący z ekstrawaganckich fryzur i grający w lewym bucie niebieskim, a prawym pomarańczowym, miał, niestety, zwyczaj zachowywać się ekstrawagancko we własnej szesnastce, co nieraz skutkowało golami lub karnymi dla rywala. Z upływem czasu jednak ten i ów z nas zaczął przebąkiwać, że Kameruńczyk wyrasta na jednego z najlepszych lewych obrońców Premier League, nawet jeśli nie gra tak błyskotliwie w ofensywie, jak, powiedzmy, Ashley Cole. A do tego doszedł słynny już wywiad dla „Guardiana”, w którym ów malowniczy obrońca deklarował, że gra w piłkę dla pieniędzy i żeby mu tu nie ściemniać, iż chodzi o coś więcej. Że kiedy kończy pracę, zwiedza Londyn, podróżując metrem albo Smartem – bo takie maleństwo łatwiej zaparkować niż uwielbiane przez kolegów-piłkarzy wypasione Ferrari, Bentleye czy Mercedesy. Potem zaś Assou-Ekotto dostał stałą rubrykę w „London Evening Standard”, gdzie dał się poznać jako człowiek zaangażowany społecznie, zwłaszcza po ubiegłorocznych zamieszkach, które spustoszyły dzielnicę jego drużyny. Jeżeli akurat szukacie idola, macie jak znalazł: gość świetnie wygląda, mówi szczerze, jeśli akurat jesteście w Londynie, łatwo możecie na niego wpaść na ulicy, a co najważniejsze: bardzo dobrze gra w piłkę.
Tak jest, całkiem przyjemnie w tych dniach kibicować Tottenhamowi. Nie ma pewnie gazety, która w sprawozdaniu z dzisiejszego meczu nie wspomni o trzech zaledwie punktach straty do Manchesteru City, z którym przyjdzie nam grać za 10 dni (wiadomo już, że rywale będą musieli radzić sobie bez Kompany’ego, braci Toure, a może i bez Davida Silvy czy Balotellego…). Cicho sza, jednak. Bynajmniej nie zamierzam patrzeć w górę tabeli. Osiem punktów przewagi nad Chelsea i dziewięć nad Arsenalem, to informacja zdecydowanie ważniejsza. Mało, cholera.
Skomentuj ~Norseman Anuluj pisanie odpowiedzi