Wtedy, w 1999 roku, gdy skończył się tamten finał Ligi Mistrzów, długo nie mogłem zasnąć, aż w końcu wyszedłem z psem na spacer i by ukoić emocje kilkakrotnie okrążyłem Planty dokoła. Dziś kładę się spać jak to po meczu – niby do końca trzymającym w napięciu, ale znowu bez przesady. Inna sprawa, że kiedy parę razy próbowałem obejrzeć tamten finał raz jeszcze, zawsze kończyło się przewijaniem taśmy do zejścia z boiska Mario Baslera w 89. minucie i oglądaniem samej końcówki. Co innego z finałem sprzed trzech lat, Milanu z Liverpoolem, którego poszczególnych akcji uczyłem się na pamięć. Z moskiewskim meczem z pewnością tak nie będzie, a zwłaszcza nie będzie oglądania ostatnich minut dogrywki, choć szarpanina między piłkarzami obu drużyn, zakończona czerwoną kartką dla Drogby, stanie się pewnie przebojem YouTube’a.
W przerwie zanotowałem oczywiście, że futbol jest okrutny: mając taką przewagę w posiadaniu piłki, w celności podań, w sytuacjach podbramkowych (gdyby Czech nie obronił strzałów Teveza i Carricka w 34. minucie, gdyby Tevez nie minął się z piłką w 40. minucie…), Manchester mógł spokojnie prowadzić trzema bramkami, a tak był remis i w drugiej połowie Chelsea grała już inny futbol. I wyszło na to, że Jose Mourinho miał rację, prorokując bardzo wyrównany finał.
Ale wyszło też na to, że nie był to finał Ronaldo: choć strzelił gola, to w sumie nie błyszczał, no i znów nie strzelił karnego (na marginesie: wymiana uwag pod moim ostatnim wpisem przekonuje, że teza o tym, iż ten sport nie może się obyć bez takich ludzi – budzących uwielbienie, ale także koncentrujących na sobie nienawiść tłumu – okazuje się słuszna). Tyle że zdecydowanie nie był to również finał Ballacka, nie mówiąc o Drogbie. Tytułowym okrucieństwem jest natomiast fakt, że nie był to finał Terry’ego: wybijając piłkę po strzale Giggsa powinien być bohaterem, a tak będzie się pamiętać przede wszystkim jego niewykorzystanego karnego.
Byłem dziś, jak widać, wzorowo neutralny. Teraz, godzinę po finale, cieszę się przede wszystkim ze względu na Ryana Giggsa, którego dopiero co wstawiłem do jedenastki roku (żaden z piłkarzy MU nie rozegrał tylu meczów w barwach klubu, żaden nie zdobył tylu trofeów, a w Europie można go zestawiać tylko z Maldinim i Raulem). No i cieszę się również ze względu na sir Alexa. Dziś, kiedy znów jest na samym szczycie, przypominam sobie styczeń 1990 r. i pucharowy mecz z Nottingham Forest. Drużynie MU, trenowanej przez Szkota już od trzech i pół roku, szło wówczas tak słabo, że dziennikarze byli pewni: jeśli nie wygra tego spotkania, będzie musiał odejść. Skończyło się mało przekonującym 1:0, ale to był początek drogi po Puchar Anglii w tamtym sezonie i mimo że w lidze skończyli na 13. miejscu, Ferguson ocalił posadę, a 18 lat później…
Opowiadam tę historię z myślą o jego dzisiejszym rywalu, bo mam poczucie, że w roku 2008 żaden trener liczącej się drużyny nie dostaje tyle czasu na udowodnienie swoich kompetencji. I choć w Moskwie naprawdę nie było widać, że Izraelczyk jest gorszym fachowcem od Szkota, to ponieważ mecz zakończył się porażką Chelsea, trzeba chyba założyć, że za kilka miesięcy będziemy oglądać zupełnie innych The Blues pod wodzą innego trenera. A że wiem, iż w mediach wciąż dominuje opinia o samotrenującej się drużynie z Londynu, to na zakończenie powiem tylko tyle: szkoda mi Avrama Granta.
Skomentuj ~Basia! Anuluj pisanie odpowiedzi