Sobota, godzina piętnasta: jeszcze kilkanaście lat temu Anglia o tej porze zamierała. Tyle że były to czasy, kiedy piłkarze grali dla ludzi, którzy chodzą na mecze, a nie dla tych, którzy chcą je oglądać w telewizji (dla telewidzów był sobotni wieczór – podczas emisji Match of the Day Anglia zamierała po raz drugi). Dziś, wbrew protestom kibiców przywiązanych do tradycji, kolejka ligowa rozciąga się na ponad dwie doby. Dla fanów Manchesteru United sobotni mecz z Boltonem był pierwszą w całym roku 2008 okazją do stawienia się na Old Trafford w uświęconym obyczajem terminie.
Zaczynam od meczu Manchesteru, choć jako pierwsi na boisko wyszli piłkarze Evertonu i Liverpoolu, a na czołówki trafił mecz Arsenalu z Hull. Zaczynam dlatego, że poprzedni wpis poświęciłem obronie sędziów, a tymczasem tego, co zrobił w sobotę Rob Styles, obronić się nie da. Przecież skazywany na pożarcie Bolton radził sobie niespodziewanie dzielnie, ba: w pierwszej połowie miał lepsze sytuacje do strzelenia bramki. I cóż się stało? Wślizg Jlloyda Samuela na Ronaldo był podręcznikowy. Kiedy usłyszałem gwizdek, byłem – jak pewnie większość kibiców niezaangażowanych – przekonany, że Portugalczyk dostanie żółtą kartkę za symulowanie. Nic z tego: świetnie skądinąd ustawiony sędzia przyznał Manchesterowi karnego. I jak tu się dziwić, że stara szkoła wślizgu umiera, skoro czysty odbiór piłki coraz częściej staje się pretekstem dla teatralnego upadku przeciwnika? Mogę się wprawdzie pocieszać, że sprawdziła się teza o globalnej sprawiedliwości (dziś mnie skrzywdzą, jutro mojego rywala: Alex Ferguson tyle razy narzekał na sędziów, a dziś sędzia pomógł właśnie jemu…). Jednak błąd Roba Stylesa usprawiedliwić trudniej niż – powiedzmy – niezauważonego spalonego, bo bardziej narusza ducha gry. Dawno, dawno temu nie łapało się za koszulki, synku, tylko odbierało piłkę wślizgiem. Szkoda Boltonu.
Szkoda też Newcastle. Opowiadano mi, że kiedy Blackburn strzelił pierwszego gola, komentator BBC nawet nie podniósł głosu: wszyscy na tę bramkę czekali w przekonaniu, że jeśli świat ma swój porządek, zdemoralizowane po odejściu Keegana Sroki muszą przegrać po raz kolejny (skoro w Pucharze Ligi uległy nawet Tottenhamowi, coś musi być na rzeczy…). Ale szkoda Newcastle także dlatego, że szukający kupca na klub Mike Ashley zdecydował się zatrudnić przejściowego menedżera i wybrał na to stanowisko Joe Kinneara. Wprawdzie w sposób oczywisty lubię tego dżentelmena – po pierwsze przez lata grał w Tottenhamie, po drugie był menedżerem we wspaniałych i szalonych czasach Wimbledonu. Problem w tym, że od tamtej pory minęły lata, które upłynęły Kinnearowi na emeryturze i na przedemerytalnej drodze przez mękę w Luton i Nottingham Forest. Jestem oczywiście świadom istnienia reguły mówiącej, że w krótkim terminie zmiana menedżera wpływa na piłkarzy ożywczo, choć w dłuższej perspektywie, jeśli nie idą za nią znaczące wzmocnienia (podkreślam: wzmocnienia, nie zamiana ulubieńców poprzedniego szkoleniowca na ulubieńców nowego) wychodzi na to samo. W przypadku drużyny pogrążonej w tak głębokim kryzysie nawet drobna zmiana rutyny może być błogosławieństwem. Ale dlaczego akurat Kinnear, skoro Alan Shearer podsumował, że nawet gdyby kazano mu wymienić pięciuset kandydatów, jego nazwisko nie przyszłoby mu do głowy? Zważywszy jeszcze, że pierwsze mecze będzie obserwował z trybun, odbywając karę nałożoną przed czterema laty w Nottingham, nie zapowiada się, by Newcastle szybko wyszło z dołka.
Kto bardziej wymaga psychoterapii: kibice Newcastle czy kibice Tottenhamu? Mimo zwycięstwa Londyńczyków w bezpośrednim pojedynku, odpowiedź nie jest oczywista. Właściwie to niesamowite: patrzeć na nazwiska w kadrze drużyny z White Hart Lane i zestawiać je z zajmowanym przez nią miejscem w tabeli. W niedzielę Tottenham znów zagrał fatalnie, a Juande Ramos kolejny raz żonglował składem w sposób daleki od przekonującego. „Nie wiesz, co robisz” – śpiewali mu kibice, kiedy przy stanie 2:0 dla Portsmouth zmieniał Pawliuczenkę na Benta, utrzymując to samo niedające nadziei na gola ustawienie 4-5-1. Największą pomyłką Hiszpana było wystawienie w pierwszym składzie Brazylijczyka Gilberto. Zdaje się, że ten piłkarz – nominalny obrońca – miał wspierać Pawliuczenkę w akcjach ofensywnych, kłopot w tym, że całe 45 minut spędził w cieniu trybun (to nie metafora: światło słoneczne padało w ten sposób, że stojący przy linii bocznej Gilberto był niewidoczny). Dlaczego Lennon albo Giovani nie wyszli od pierwszej minuty, czemu na ławce został Modrić, czemu zdjęto najlepszego w Tottenhamie Zokorę, jak można budować drużynę wokół kapitana, który w kluczowym momencie prowokuje karnego – pytania można mnożyć. A „Nie wiesz, co robisz” śpiewać także prezesowi Levy’emu – nieprzypadkowo mój ulubiony sprawozdawca zamiast Tottenham Hotspur FC, pisał wczoraj Tottenham Hotspur PLC, sugerując, że większość ostatnich decyzji klubowego zarządu podporządkowano interesom finansowym. W niedzielę Portsmouth wystawiło pięciu dawnych piłkarzy Tottenhamu, gdyby zaś Mendes nie odszedł do Glasgow, a Davis nie złapał kontuzji, mogłoby być nawet siedmiu. Zbyteczne dodawać, że obaj strzelcy bramek grali niegdyś przy White Hart Lane…
Sprawie Tottenhamu nie chcę poświęcać zbyt wiele miejsca, pewnie zresztą będziemy o nim mówić osobno przy okazji meczu z Wisłą. Świetne podsumowanie wyjazdu do Portsmouth znalazłem na zaprzyjaźnionym blogu, którego autor ratował się z depresji lekturą 33. rozdziału II Księgi Mojżeszowej. „Akcja dzieje się zaraz po grzechu złotego cielca (Carling Cup), Pan nakazuje wyruszyć Izraelitom do upragnionej Ziemi (top four), ale że wcześniej zgrzeszyli (nakupili i rozprzedali) zapowiada, że On z nimi nie pójdzie, bo by się nie ostali przy życiu (nie można grać stylem nieodpowiednim dla zawodników, bo prowadzi to do śmierci, czyli spadku z Premier League).”. No, no…
Wypadałoby napisać o derbach Liverpoolu, ale w sumie rozczarowały (zgoda: świetny Torres i tradycyjna w ostatnich latach czerwona kartka dodały trochę pieprzu, jednak właściwie ciekawsza niż sam mecz była pomeczowa wypowiedź Davida Moyesa, że jedną z przyczyn kryzysu Evertonu jest to, że on sam nie podpisał dotąd nowego kontraktu). Szanse Manchesteru City w meczu z Wigan podważałem z kolei przed tygodniem: ta wpadka kompletnie mnie nie zdziwiła. Ale że Arsenal przegra z Hull nie śniło mi się nawet po sierpniowej porażce Kanonierów z Fulham. Podopieczni Arsene’a Wengera przystępowali do meczu w świetnych nastrojach i wypoczęci (w środku tygodnia Sheffield United unicestwiła jedenastka złożona z klubowej młodzieży), ich forma zdawała się rosnąć, a nawet – jak w przypadku Theo Walcotta – sięgać szczytu, od pierwszych minut wydawało się, że jeśli nie za chwilę, to najdalej za 10 minut dosłownie wjadą do bramki Hull. Kiedy w końcu objęli prowadzenie zająłem się nawet redagowaniem jakiegoś tekstu, aż tu nagle przed polem karnym Arsenalu pojawił się Geovanni… Bramki Brazylijczyka nie powinno się opisywać – po prostu trzeba ją obejrzeć samemu. Podobnie, jak rzucającego ze złością bidon Wengera (tu akurat nie mam linku), kiedy padł drugi gol dla gości. Ależ nudna jest liga, w której Hull wygrywa na Emirates…
Dodaj komentarz