Gdybym był jednym z tych młodych, łatwo się rumieniących publicystów zajmujących się na co dzień komentowaniem polskiej polityki, napisałbym pewnie, że lektura dzisiejszej porannej prasy była „porażająca”. Manchester United odniósł najważniejsze zwycięstwo pod wodzą Davida Moyesa, a z nagłówków, leadów i śródtytułów kolejnych tekstów bije nazwisko Aleksa Fergusona. To było podobno w jego stylu, przy użyciu jego taktyki i jego piłkarzy – czytam peany pod adresem poprzednika i robi mi się zwyczajnie żal następcy. Ma chłop sukces, rzeczywiście jak dotąd największy, bo odniesiony z nożem na gardle (mecz z Bayerem Leverkusen w fazie grupowej nie odbywał się pod aż taką presją), awansował do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, i co? I wszystko to zasługa tego czerwononosego pryka wpatrującego się weń w milczeniu z dyrektorskiej loży? Naprawdę?
Czytam jeszcze raz teksty z ostatnich paru dni. Czego w nich nie znajduję… Rzekomą awanturę Moyes-Giggs. Pogłoski o zdejmowaniu przez kibiców transparentu „Wybrany”. Szeroko omawianą wypowiedź trenera juniorów Evertonu Kevina Sheedy’ego, że obecny trener MU na Goodison Park nie interesował się młodymi piłkarzami. Plotki o zainteresowaniu prezesów klubu Luisem van Gaalem. Nawet poniedziałkowe relacje z konferencji prasowej Davida Moyesa hojnie ilustrowano – odpowiednio komentując – zdjęciem, na którym za plecami menedżera MU jest fotografia drużyny triumfującej pod wodzą jego poprzednika.
Zwyczajnie nie kupuję tej narracji. Jasne: pierwszy sezon Davida Moyesa należy uznać za spisany na straty, między jego MU a Liverpoolem Brendana Rodgersa ziała w niedzielę przepaść, a spośród wszystkich ćwierćfinalistów Ligi Mistrzów to drużyna mistrza Anglii wydaje się rywalem najbardziej pożądanym. Powodów, dla których tak to wygląda, jest jednak mnóstwo – nie sposób sprowadzić ich do formuły, że ten wiatr okazał się zbyt silny na Moyesowską wełnę. Część z nich wiąże się, niestety, ze spadkiem po Fergusonie, część z tym, że w trakcie, gdy Moyes i dyrektor Woodward mościli się dopiero w nowych fotelach, wszyscy rywale na potęgę się zbroili – o tych i innych powodach obecnych kłopotów MU pisałem już wielokrotnie, więc nie będę się powtarzał. Wczoraj zresztą, przygotowując po meczu tekst dla Sport.pl, sięgnąłem po inne porównanie: pierwszych miesięcy Davida Moyesa na Old Trafford z pierwszymi miesiącami Brendana Rodgersa na Anfield. On również nie od razu dopracował się dzisiejszej zwycięskiej formuły, a zanim ją znalazł, próbował wielu ustawień i piłkarzy. Chłoszcze się Moyesa za transfer Fellainiego (tu również warto się wstrzymać z oceną, skoro przez wiele miesięcy Belg leczył kontuzję), ale przecież Rodgers nabywał m.in. – oddanego już do Sunderlandu – Fabio Boriniego albo Luisa Alberto czy Iago Aspasa.
Mój problem polega pewnie na tym, że nie lubię skrajnych sądów i pozornie łatwych rozwiązań. Moja rzeczywistość rzadko okazuje się „porażająca”, odcienie szarości wolę od czerni i bieli. We wczorajszym meczu MU widziałem tyleż energię ofensywy, co defensywne rozchełstanie – i wcale nie uważam, że oglądaliśmy jakiś przełomowy mecz w najnowszych dziejach drużyny z Old Trafford. Uważam natomiast, że także w jego świetle winni jesteśmy Davidowi Moyesowi dwie rzeczy: powstrzymanie się z bilansem co najmniej do jesieni, kiedy po kolejnym okienku transferowym będzie można powiedzieć „sprawdzam” deklaracjom o tym, że wie, co zamierza (i tak jestem minimalistą, skoro w przypadku Fergusona czekano prawie cztery lata…), oraz nienadużywanie nazwiska poprzednika, kiedy taktykę na wygrany mecz opracował ktoś inny.
Dodaj komentarz