Wygląda na to, że rzeczywiście wraca. Trochę mu zajęło, bo prawie rok, podczas którego były kontuzje, nieudany mundial, afera obyczajowa i rebelia kontraktowa, ale chyba w końcu wraca. A skoro naprawdę wraca, to staje się rozstrzygającym argumentem za mistrzostwem Anglii dla Manchesteru United.
Ale zaraz, chwileczkę. Strzelił niewiarygodnie piękną bramkę, fakt (może należałoby napisać: zaczął w ogóle strzelać bramki…). Ale czy był wczoraj najlepszy na boisku? Osobiście wątpię, choć widzę, co mówią i piszą Angole (może zresztą mówią to i piszą właśnie dlatego, że są Angolami?). Tyle że w piłce nożnej jest tak, że podobne bramki dają ich strzelcom potężny zastrzyk wiary w siebie, więc może w którymś z kolejnych meczów rzeczywiście będzie najlepszy? Nie za dużo tych znaków zapytania?
Z pewnością w sobotnie południe w Manchesterze wydarzyło się coś ważnego: kibice ostatecznie wybaczyli Rooneyowi szaleństwa sprzed paru miesięcy. Co się zaś tyczy dystansu między sąsiadami, trzeba jednak powiedzieć, że się zmniejszył: tym razem MC grało w piłkę, nie murowało bramki, może należałoby wręcz powiedzieć, że prezentowało się lepiej niż gospodarze, wśród których zdumiewała liczba niecelnych podań i złych przyjęć. Bardziej niż Rooney podobali mi się David Silva i Vincent Kompany. W drugiej połowie przypomniał o sobie Wright-Philips: po jego wejściu na boisko gra gości toczyła się zdecydowanie szybciej, nieźle wypadł też Micah Richards, w którego przypadku – podobnie jak w przypadku Wrighta-Philipsa – nie wiadomo, czy ma jakąkolwiek przyszłość pod Mancinim. Jeśli grałby tak co tydzień…
Co do ustawienia United (bez Berbatowa w wyjściowej jedenastce), trzeba powiedzieć, że się sprawdziło – choć zwłaszcza w pierwszej połowie były momenty, kiedy Rooneya nie wspierali zawodnicy z drugiej linii (raz w polu karnym pojawił się Fletcher i od razu zrobiło się groźnie). W defensywie Smalling sprawiał lepsze wrażenie od Evansa, w ofensywie klasą dla siebie był Nani. Ale generalnie znów mieliśmy do czynienia z „cholernym United”: wymęczyli, do licha. Idą na mistrza.
O meczu WBA-WHU pisać mi jakoś niesporo. Owszem, dramaturgia, ale kosztem kuriozalnych błędów obu drużyn. Podobno losy spotkania odwróciło przemówienie, wygłoszone w przerwie przez kapitana gości Scotta Parkera (przyczynek do moich prastarych sporów z fanami Chelsea: czy Awram Grant, pozostawiający kwestie motywacji komuś innemu, jest bierny, czy rozumny?). Z innych kwestii warto zwrócić uwagę na trzeciego w ostatnich trzech meczach gola Sturridge’a dla Boltonu. Do tej pory sowicie obdarzał inne kluby dobrodziejstwami swojej długiej ławki Tottenham; dziś – choć przecież zimą oddał m.in. Keane’a, Bentleya czy O’Harę – sam z tej ławki korzysta: kontuzje lub przygotowania do meczu z Milanem wyeliminowały w komplecie podstawowy kwintet pomocników Redknappa, a rezerwowi i tak zdołali wygrać na Stadium of Light (drugą w odstępie tygodnia bardzo ładną bramkę strzelił Krajnczar, który w styczniu przebąkiwał o odejściu, a na San Siro zapewne zagra od pierwszej minuty). Warto też zauważyć występ Luisa Suareza w nieoczekiwanie remisującym Liverpoolu – choć tym razem bez gola, to jego gra z piłką i bez piłki wyglądała fantastycznie. Warto pochwalić bramkarza Wolverhampton, Hennesy’ego, za wielki mecz na Emirates. Warto wreszcie, choć właśnie przeczytałem na temat afery Graya i Keysa zdumiewające teksty w polskiej prasie, odnotować udany powrót do Premier League Sian Massey.
Zdaję sobie sprawę, że wiele moich ostatnich wpisów przypomina telegramy. W kończącym się tygodniu usprawiedliwia mnie mnóstwo roboty redakcyjnej, ale w następnym z pewnością znajdę więcej czasu na futbol. W końcu znów jedziemy do Mediolanu…
Skomentuj ~NiLok Anuluj pisanie odpowiedzi