Zacznijmy banalnie: nie ma już w Premiership drużyn z kompletem zwycięstw i nie ma drużyn bez punktu. Ostatnia, która punkty straciła, była Chelsea, ostatni, który je zdobył, był Tottenham, i od meczu tych zespołów wypada zacząć omówienie trzeciej kolejki – nie tylko dlatego, że oba przystępowały do meczu z miejsc pierwszego i ostatniego, nie tylko dlatego, że Tottenham zagra z Wisłą, nie tylko dlatego wreszcie, że wielu z Was kibicuje Chelsea, a ja kibicuję Tottenhamowi. Po prostu dzisiejsze derby Londynu pokazały najdobitniej nieprzewidywalność tej ligi i słabość wszelkich naszych dotychczasowych spekulacji. Jeśli Tottenham miał gdzieś zdobywać punkty, to przecież nie na Stamford Bridge, skoro ostatni raz wygrał tu 18 lat temu, jeśli gdzieś miała punkty gubić Chelsea, to przecież nie tutaj i nie dzisiaj. Tymczasem w drugiej połowie Juande Ramos przeprowadzał zmiany świadczące, że zamierza walczyć nawet o zwycięstwo – i choć ostatecznie się nie udało, to przecież remis pozostał niezagrożony.
Drużyna Scolariego zagubiła gdzieś rozpęd z pierwszej kolejki. Podopieczni Brazylijczyka kolejny raz atakowali głównie środkiem, kolejny raz słabo grał Joe Cole, a Deco został praktycznie wyłączony z gry dzięki najlepszemu w historii jego występów w Tottenhamie meczowi Didiera Zokory. Gol po rzucie rożnym (typowa dla „Kogutów” wpadka – Wiślacy powinni odrobić tę lekcję…), kilka niewykorzystanych okazji i strzały z daleka – tak można podsumować występ wicemistrza. Co się zaś tyczy Tottenhamu: skład bliski optymalnego, dobre zmiany w kluczowych momentach, nareszcie nie tylko własne błędy, ale i wykorzystywanie pomyłek rywala. O tym, jak znów o losach meczów z Chelsea decydują świetne posunięcia taktyczne Juande Ramosa miałbym ochotę dodać jeszcze parę zdań, gdyby nie obawa, że temat Tottenhamu zanadto zdominuje tego bloga (może później, w dyskusji?).
Tym bardziej, że w tym tygodniu na najwięcej pochwał zasłużył Arsenal. To właściwie niewiarygodne, jeśli zważyć, który to już raz Arsene Wenger buduje tę drużynę od początku. Przed rokiem odeszli Henry, Ljungberg i Reyes, teraz Hleb, Flamini, Senderos i Gilberto Silva, od dawna kontuzjowany jest Rosicky, a na ich miejsce Wenger wciąż znajduje nowych, bodaj czy nie jeszcze lepszych. Taki Denilson, wciąż tylko 20-letni, dostrzeżony w juniorskiej reprezentacji Brazylii i sprowadzony z Sao Paulo po zaledwie tuzinie występów w tym klubie, czekał dwa lata na to, by stać się piłkarzem pierwszego składu – i po tych dwóch latach czekania robi wrażenie wartego kilkanaście milionów funtów rutyniarza. Sposób, w jaki wymienia piłkę z Fabregasem, Adebayorem, Nasrim czy van Persiem, przypomina ten, w jaki robili to Bergkamp, Overmars, Henry, Viera i Pires – to wciąż ten sam Arsenal, wciąż nie do zatrzymania (a przy okazji – na tle Arsenalu oglądaliśmy wciąż to samo Newcastle, jak zawsze naszpikowane gwiazdami i jak zawsze nieprzekonujące).
Trzecia kolejka obrodziła w bramki. Aż pięć padło w Hull, dla którego dojmująca porażka z Wigan była nie tylko prawdziwym powitaniem w Premiership (skądinąd podobnie jak sobotni mecz Stoke) – w maju beniaminkowi może zabraknąć punktów zdobywanych właśnie z rywalami w walce o utrzymanie się. Nikt przed sezonem nie liczył na zwycięstwa z Liverpoolem czy Chelsea, ale z takim Wigan już tak. Biedne Hull – chociaż tyle dobrego, że zobaczyłem w Premiership Deana Windassa.
Inna sprawa, że drugi tydzień z rzędu wypadało bić brawo Wigan. To już nie tylko pewny w bramce Kirkland i skuteczny Heskey – o obliczu tej drużyny stanowi nowa gwiazda Premiership, szybki, silny i pracowity Egipcjanin Zaki, ale podobać się mogą także Palacios (pamiętacie jego wślizgi w meczu z Chelsea?), Cattermole i Valencia. Jak na drużynę typowaną do spadku, Wigan gra zaskakująco dobrą piłkę. Zaprawdę, jest życie poza Wielką Czwórką, o czym świadczy także skład reprezentacji Anglii na mecze eliminacji mistrzostw świata. Do Heskeya w kadrze zdążyliśmy się przyzwyczaić, ale kto by się spodziewał, że Capello wybierze Jimmy’ego Bullarda?
Od początku sezonu nie przekonuje Liverpool, od początku ciuła punkty Middlesbrough. Manchester City wydaje się szczęśliwie wychodzić z zamieszania wokół właściciela klubu: Mark Hughes rządzi twardą ręką, wreszcie ma pieniądze na zakupy (po nieudanym w sumie epizodzie w Chelsea do Manchesteru wrócił m.in. syn marnotrawny Shaun Wright-Philips, od razu strzelając Sunderlandowi dwa gole) i… ma wyniki.
Nie ma ich natomiast David Moyes, któremu – podobnie jak Ramosowi – rozsypał się atak i który już drugi raz przegrał mecz na własnym boisku. Na Everton w spotkaniu z Portsmouth żal było patrzeć – atakowali przez większą część meczu, mieli sytuacje, a nawet karnego, ale za każdym razem świetnie bronił James (raz wyręczył go fantastyczną interwencją… Younes Kaboul – kibice Tottenhamu będą wiedzieli, skąd ten wielokropek), a Portsmouth miało więcej szczęścia i Jermaina Defoe w ataku. W każdym razie i Everton, i Portsmouth, i West Ham, i Blackburn, to na razie wańki-wstańki: raz niespodziewanie przegrywają, by tydzień później równie zaskakująco sięgnąć po trzy punkty.
W sumie Mark Lawrenson znów nie może mieć powodów do zadowolenia – tylko dwa trafione wyniki i kilka spektakularnych pomyłek (zdaniem eksperta BBC Sunderland miał np. wygrać z MC). A przed nami przerwa na reprezentację, a wcześniej – zamknięcie okienka transferowego (przypominam: zapraszam dziś na dyskusję o transferach). Tradycyjnie ostatniego dnia można się spodziewać szalonej aktywności działaczy Tottenhamu, ale wciąż jest czas na kupienie Robinho przez Chelsea, wciąż mogą nas zaskoczyć wzmocnienia Evertonu, a nawet Arsenalu, skoro media informują, że Arsene Wenger stara się o Salomona Kalou. Co jednak dla mnie najważniejsze, w kontekście transferowym i nie tylko: „chmura zwana Berbatowem oddala się na północ, a słońce przyświeca Tottenhamowi, oświetlając panującego w tej drużynie prawdziwego ducha wspólnoty” (metafora Henry’ego Wintera, sprawozdającego dzisiejsze derby; nie mogłem się oprzeć pokusie zacytowania jej).
PS Transferowe aktualności i rozmowa – w komentarzach poniżej.
Skomentuj ~dikhet Anuluj pisanie odpowiedzi