A jednak nie mogę przestać pisać o Chelsea. I pretekstem nie jest informacja o gigantycznych stratach, jakie ujawniono właśnie podsumowując kolejny rok finansowy (choć rzeczywiście gigantyczne, są przecież nieco mniejsze niż przed rokiem, a Roman Abramowicz, który łatał dotąd wszystkie dziury, pewnie mimo kryzysu będzie łatał je nadal) ani pytanie, czy zatrudnienie przez londyński klub człowieka, który w reprezentacji trenuje piłkarzy innych londyńskich klubów, Pawliuczenkę i Arszawina, nie rodzi konfliktu interesów.
Moją uwagę zwrócił komentarz Johna Terry’ego, wygłoszony podczas pobytu kapitana Chelsea na zgrupowaniu reprezentacji Anglii, a więc poza kontrolą klubowych służb prasowych. „No jasne, że miał moje pełne poparcie – mówił o zwolnionym Brazylijczyku Terry. – I jestem pewien, że dwóch albo trzech piłkarzy powiedziałoby to samo”. No właśnie: dwóch albo trzech?! Co z resztą? I co w takim razie działo się w szatni Chelsea w ostatnich tygodniach? Henry Winter, tyleż poważany i nagradzany, co dobrze poinformowany dziennikarz „Daily Telegraph”, twierdzi, że o losie Scolariego zdecydowało ubiegłotygodniowe spotkanie Romana Abramowicza z Petrem Cechem, Michaelem Ballackiem i Didierem Drogbą. Co znamienne: żaden z tych trzech piłkarzy nie oszałamiał ostatnio formą…
Wiem oczywiście, że Ray Wilkins, który poprowadzi Chelsea w sobotnim meczu Pucharu Anglii z Watfordem (Guus Hiddink usiądzie jeszcze na trybunach) dementuje pogłoski o władzy piłkarzy – ale, tak na zdrowy rozum, co może mówić o tej sytuacji przedstawiciel klubu? Wiem też, że rozpisując się o kolejnych zwolnionych menedżerach Chelsea idę pod prąd powszechnych odczuć. Po pierwsze (co racja, to racja), ani Grant, ani Scolari nie potrafili przekonać do siebie kibiców, żyjących wciąż mitem Jose Mourinho. Po drugie, odejście obu rychło przyćmiewało nadejście fachowca o imponującym curriculum vitae (o paradoksie: wizerunek Scolariego-fachowca w ciągu kilku miesięcy radykalnie się zmienił…). A jednak nawet najwierniejsi z wiernych przyznają, że złe wyniki Chelsea pod Brazylijczykiem to kwestia ostatnich kilku tygodni. Nie żebym Scolariego bronił (oni wiedzą lepiej), po prostu wciąż mam poczucie, że decyzja w jego sprawie została podjęta zbyt szybko, by coś dało się o niej powiedzieć z całą pewnością i odpowiedzialnie.
Przedstawiciele rosyjskiej federacji dają do zrozumienia, że Roman Abramowicz nie dał im wyboru, wymuszając zgodę na podwójne zatrudnienie Hiddinka. Inna rzecz, że do czerwca interesy klubu i kadry nie muszą stać w sprzeczności: w tym czasie reprezentacja Rosji ma do rozegrania dwa mecze, oba w odstępie kilku dni (28 marca z Azerbejdżanem i 1 kwietnia z Liechtensteinem). Oznacza to praktycznie jedną dłuższą nieobecność trenera w Londynie, i to w czasie, gdy na mecze reprezentacji wyjedzie większość piłkarzy Chelsea. Problem, przed którym stanie Holender, będzie natomiast taki sam, jak problem jego poprzednika: starzejący się, wypalony psychicznie i osłabiony kontuzjami skład, w którym – jak widać z wypowiedzi Terry’ego – nie brakuje primadonn. Tę szatnię, ten zespół, trzeba będzie na nowo zintegrować, z niektórymi piłkarzami definitywnie się żegnając. To zresztą kwestia niejasna, także w kontekście ogłoszonych dziś wyników finansowych i tego, że mówiąc o nich trzeba uwzględnić również odprawę Scolariego: czy jeśli zostanie dłużej, Hiddink będzie miał pieniądze na przebudowanie drużyny? A może to on będzie tym, który zdecyduje się postawić na młodych-zdolnych z zaplecza: Mancienne’a, Stocha, di Santo…?
W pierwszym wywiadzie po zwolnieniu (dla „France Football”), Luis Felipe Scolari żali się, że przyszło mu kierować zespołem „biurokratów”. Że w Chelsea brakowało artystów, zdolnych – jak niegdyś Robben – w pojedynkę odmieniać losy meczu, i że dlatego tak zależało mu na sprowadzeniu Robinho. Jedno jest pewne (w tym zgadzam się kolegami tańczącymi na grobie Scolariego): z nie takich „biurokratów” Guus Hiddink budował drużyny, która oglądało się z wielką przyjemnością.
Więc jak? Umarł król, niech żyje król?
Dodaj komentarz