Właściwie dopiero dziś, podczas drugiej połowy meczu Manchesteru United z Liverpoolem, ten sezon zaczął się dla mnie na dobre. Nie będę się nadmiernie rozpisywał nad przyczynami ubocznymi – główną był Dymitar Berbatow, dla mnie klasyczny przykład na to, jak wiele w tym sporcie rozgrywa się w głowach zawodników. Kiedy w grudniu ubiegłego roku zastanawiałem się, czy Berbatow zawiódł, nie kwestionowałem przecież jego wielkiego talentu. Widać było po prostu, że Bułgar nie potrafi się odblokować, że nie może zrzucić z barków presji związanej z 30 milionami funtów, jakie wytargował za niego Daniel Levy, że nie może tak naprawdę dobrze zacząć… Aż do tego sierpnia, kiedy pierwszego gola strzelił już podczas meczu o Tarczę Wspólnoty. Pisałem wtedy, że Ferguson ściskał go po meczu jak Maradona Messiego, jakby chciał powiedzieć „Jest nowy początek, chłopie, teraz już na pewno ci się uda”. No i się udało – choć dziś przy pierwszym golu zadanie ułatwił mu Torres (kto wyznaczył Hiszpana do opieki nad Bułgarem? I dlaczego nie powiedział mu, że Berbatow, ehm, rzadko wyskakuje w powietrze?). Jest nowy początek: jeśli Dymitar Berbatow nie złapie kontuzji, lawina bajecznych bramek i równie efektownych asyst nie powinna się już zatrzymać i w maju najdroższy w historii piłkarz MU może mieć nawet trzydzieści goli na koncie.
Wyobrażam sobie ulgę kibiców z Old Trafford, bo dzień wcześniej sam doświadczyłem podobnej (Tottenham z 0:1 wyszedł na 3:1, dzięki dobrym zmianom Redknappa i świetnemu van der Vaartowi), tym bardziej, że pościg Liverpoolu po raz kolejny pokazał, że nie takie Diabły straszne. Przed nimi długi sezon, więc wypada spytać, gdzie ci zmiennicy Giggsa i Scholesa (sądząc po środowym meczu z Glasgow Rangers ławka nie jest tak znowu imponująca…)? Czy po kontuzji Valencii do rozwijania gry skrzydłami wystarczy Nani? Jak ocenić żelazną do niedawna obronę po dzisiejszych wpadkach Evansa i O’Shea? W jakiej właściwie formie jest Wayne Rooney?
Paradoksalnie w dzisiejszym meczu Liverpool długo mi się podobał i odnosiłem wrażenie, że efekty pracy Roya Hodgsona zaczynają być widoczne: przez spore partie spotkania goście bez problemów utrzymywali się przy piłce, ruchliwi Cole i Meireles znajdowali sobie wolne sektory boiska, a niektóre próby podań były naprawdę przedniej miary (nawet te niecelne wiązały się zazwyczaj – bo przecież nie w przypadku dośrodkowań Konchesky’ego – nie ze słabością techniczną, a raczej z nadmiarem ambicji – w każdym z przypadków tego typu zamysł był dobry). Szkoda tylko, że do zmiany ustawienia z 4-4-1-1 na 4-4-2 Gerrard ustawiony był tak głęboko i przez pierwszą godzinę tak niewiele zagrożenia przynosił pod bramką rywali, no i szkoda, że Fernando Torres pozostaje cieniem piłkarza, jakiego znaliśmy.
Czy Arsenal okazał się nie tak boski, jak pisaliśmy po meczu Kanonierów z Bragą? Gdyby piłkarzom Arsene’a Wengera udało się dowieść jednobramkowe prowadzenie z Sunderlandem, gdyby sędzia zakończył mecz równo z upływem czterech doliczonych minut, albo po prostu gdyby Rosicky strzelił karnego, pytanie byłoby bezprzedmiotowe. Faktem jest jednak, że Arsenal nie potrafił kontrolować gry w sposób, do jakiego przywykliśmy, Wilshere wydawał się odrobinę przemęczony, kontuzja Fabregasa i kartki Songa niczego nie ułatwiły, a o tym, że Clichy’emu zdarza się panikować, wiedzieliśmy nie od dziś. Nadal jednak mam wrażenie, że w walce o mistrzostwo Anglii Chelsea musi się obawiać Arsenalu co najmniej w równym stopniu, co Manchesteru United.
Tym razem nie rozpisuję się nadmiernie, co należy interpretować wyłącznie w ten sposób, że nowy numer „Tygodnika Powszechnego” jest jeszcze dziurawy jak obrona Blackpool w pierwszej – zaznaczam, w pierwszej – połowie meczu z Chelsea. Nadrobię w tygodniu. Mecz Pucharu Ligi między londyńską Wisłą i londyńską Cracovią już we wtorek…
Skomentuj ~alasz Anuluj pisanie odpowiedzi