Czasami mam wrażenie, że piłkę nożną wymyślono tylko dla Arsene’a Wengera i Arsenalu. Zabrzmiało mocno, prawda? Ale czy mogło zabrzmieć inaczej po takim meczu, jak wczorajszy? Tłumaczenie, że przeciwnik okazał się słaby, odrzucam, mając w pamięci to, jak Braga wyeliminowała w poprzedniej rundzie Sevillę. Po prostu Kanonierzy znów zagrali piłkę z innej planety, żeby nie powiedzieć jeszcze mocniej: z raju. Gdybym miał kiedyś napisać tekst złożony z samych ekstatycznych przymiotników, musiałbym go poświęcić Kanonierom, choć jestem, jasna cholera, kibicem Tottenhamu i ostatkiem sił próbuję przypomnieć sobie czasy George’a Grahama, kiedy był to „boring, boring Arsenal”.
Po pierwsze, Fabregas. Człowiek, którego każde dotknięcie piłki jest nienaganne. Rozgrywający akcje i akcje wykańczający. Pokazujący się partnerom i partnerów widzący. Prawdziwy lider, jak mówił po meczu Arsene Wenger, chwaląc Katalończyka zwłaszcza za sytuację z 84. minuty, kiedy po genialnym podaniu Wilshere’a znalazł się sam na sam z bramkarzem i zamiast strzelać, zdecydował się na odegranie do lepiej ustawionego Veli. Oto sposób na budowanie ducha drużyny, oto sposób na jej przewodzenie: zamiast, jak poprzedni kapitan, wrzeszczeć i wyrzekać na kolegów, pozwalać im stawać się jeszcze lepszymi. Strach pomyśleć, że facet ma dopiero 23 lata.
Po drugie, Wilshere. O tym, jaki ma potencjał, dowiedzieliśmy się podczas rozgrywek Pucharu Ligi przed dwoma laty, przed rokiem podczas wypożyczenia do Boltonu przekonaliśmy się, że ten potencjał potrafi się realizować na poziomie Premier League, dziś widzimy go błyszczącego w Lidze Mistrzów: potrafiącego zmienić tempo gry, przetrzymać albo szybko odegrać piłkę, ale też odebrać ją rywalowi zdecydowanym wślizgiem… Wciąż niepewny miejsca w pierwszej jedenastce, ma odwagę w takim meczu popisywać się zagraniami piętą (podanie do Chamakha z 34. minuty, ale i jedna z okazji stworzonych przez zespół w drugiej połowie). Strach pomyśleć, że facet ma dopiero 18 lat.
Po trzecie, Nasri i Arszawin, mistrzowie gry z piłką i bez piłki, nieustannie rozciągający obronę rywala albo ściągający ją na siebie, by zrobić miejsce na rajd bocznego obrońcy. Po czwarte, Chamakh, mający zalety Bendtnera (wzrost) bez jego wad (surowość techniczna i samolubność; Marokańczyk częściej niż szukaniem strzału zajmuje się zgrywaniem piłki do wchodzących z drugiej linii kolegów)… Po piąte, skuteczny po wejściu z ławki rezerwowych Vela. Zważcie, że ten pogrom dokonał się bez Walcotta, van Persiego i Diaby’ego…
Wiem, w sobotę z Sunderlandem pewnie będzie trudniej. Ale zwracam uwagę, że z Blackburn na wyjeździe potrafili sobie poradzić – a był to dokładnie przykład spotkania, które w poprzednich sezonach kończyły się gubieniem punktów. O technice i wyobraźni, o szybkości, a przy tym precyzji zagrań w tempo, o kunszcie akcji w trójkącie itd., w przypadku Arsenalu mówiono już wielokrotnie. Ale po kilku meczach tego sezonu zaczynam odnosić wrażenie, że wśród zalet jego piłkarzy pojawiła się także siła fizyczna i – co może najważniejsze, a z czym w przeszłości bywało kiepsko – koncentracja, wynikająca także z – kolejny kluczowy element – doświadczenia. Arsene Wenger nie ma klasowego bramkarza, są znaki zapytania, dotyczące linii obronnej, więc z odważniejszymi opiniami na temat mistrzowskiego potencjału wstrzymam się do październikowego meczu z Chelsea. Po prostu: jako kibic zwyczajnie się cieszę, że mogę co jakiś czas obejrzeć taki mecz, jak wczoraj.
Skomentuj ~Spokojnie Anuluj pisanie odpowiedzi