Ktoś niedawno na mnie narzekał, że zamiast kibicować, wybrzydzam na swoją drużynę. Że sprawiam wrażenie, jakby futbol mnie już nie cieszył. Że próbuję obiektywizować albo że – co już wydaje się kompletnym skandalem – rozpisuję się o klasie rywala. No więc tym razem niech się nie spodziewa niczego podobnego. Żadnych zachwytów nad wolejem Drogby, precyzją rzutu wolnego Lamparda albo klasą jednego czy drugiego podania Maty. Zamierzam dać upust wściekłości, co gorsza bezsilnej. Może będę miał z tego chociaż tyle, że mi ulży i nie umrę na wrzody.
Nienawidzę być moralnym zwycięzcą – sto razy bardziej wolałbym być po prostu zwycięzcą. I cóż mi z tego, że fani Tottenhamu podczas minuty ciszy nie zachowali się tak haniebnie jak kibice rywala? Co mi po satysfakcji, że w 35. minucie dwukrotnie faulowany w polu karnym Chelsea Lennon utrzymał się na nogach i walczył o piłkę, zamiast spokojnie się przewrócić, czekając na gwizdek Martina Atkinsona? Że zagraliśmy bardzo dobrą pierwszą połowę, w której naszej grze w piłkę i piłką (ta wymiana podań w 36. minucie, po której Terry wybijał z pustej bramki główkę van der Vaarta!) Chelsea potrafiła przeciwstawić jedynie długie wykopy do Drogby? Że cały świat widział, jak w 92. minucie leżący na ziemi Mikel kopał w łydkę Parkera?
Ten mecz przestał dla mnie istnieć w 50. minucie, kiedy sędzia przyznał Chelsea drugiego gola. I nie chce mi się o tym gadać: że nie dość, iż John Terry leżący na linii bramkowej faulował dwóch piłkarzy (w tym bramkarza) Tottenhamu, to jeszcze piłka po strzale Maty zatrzymała się przed bramką. Tak, wiem, że po tej niewiarygodnej pomyłce sędziego piłkarze Redknappa strzelili kontaktowego gola, czyli teoretycznie mogli jeszcze odwrócić losy spotkania, a tymczasem dali sobie wbić kolejne bramki. Ale jak na nich patrzyłem, nawet po golu Bale’a wydawali się kompletnie wytrąceni z równowagi okolicznościami, w jakich kilka minut wcześniej sędzia pokazał na środek boiska. Po czymś takim ten mecz się po prostu nie mógł skończyć dobrze.
Innymi słowy: nie zamierzam tu nic analizować. Ani pomyłek Gallasa, ani decyzji Redknappa, że we wszystkich meczach pucharowych broni Cudicini (Friedel obroniłby strzał Lamparda, o lepszym ustawieniu muru nie wspominając…), ani tego, jak okoliczności tej porażki mogą wpłynąć na formę zespołu w pięciu ostatnich meczach ligowych. Nie będę apelował o wprowadzenie powtórek wideo ani nie będę wyliczał błędów angielskich sędziów – zresztą te z ostatnich tygodni wystarczyłyby na całkiem długi tekst, w którym Martin Atkinson byłby bohaterem szczególnym: w końcu dziś uznał gola, którego nie było, a całkiem niedawno nie uznał QPR bramki, która była, plus nie wyrzucił z boiska Balotellego za wejście w Songa. Nie będę. Jestem wściekły. Nie interesuje mnie, co powiedzieli po meczu Redknapp czy di Matteo, co napisali Winter czy McNulty. Ukochany pamiętniczku, który tyle razy mi pomogłeś w trudnych sytuacjach – dziękuję ci, że jesteś, i wyłączam komputer.
PS No dobra, może najbardziej wścieka mnie to, że drużyna, której kibicuję, tak jawnie skrzywdzona rozsypała się, zamiast zacisnąć zęby i podwójnie walczyć o swoje. Co nie wróży dobrze w końcówce sezonu niestety.
Skomentuj ~lukaszbee Anuluj pisanie odpowiedzi