To miał być ten rok. Przeglądam przedsezonowe wypowiedzi ekspertów i mam poczucie, że niemal wszyscy przedstawiciele głównego nurtu postawili po odejściu Ronaldo i Teveza krzyżyk na Manchesterze United, twierdząc, że walka o mistrzostwo rozegra się między Chelsea i Liverpoolem. Za nami osiem kolejek, przed nami – przerwa na reprezentację, więc możemy na chwilkę zatrzymać się przy tej ostatniej drużynie.
To miał być ten rok – oceniali nie tylko komentatorzy, bo podobnie brzmiało wiele głosów z samego Liverpoolu. Tymczasem po ośmiu spotkaniach zespół ma tyle samo porażek, co w ciągu całego ubiegłego sezonu i wszystkie te porażki mogą budzić niepokój kibiców: z Tottenhamem przegrali zasłużenie, z Aston Villą u siebie wręcz kompromitująco, no a z Chelsea sami widzieliście dopiero co (w dodatku ten mecz przyszedł zaraz po przegranej w Lidze Mistrzów z Fiorentiną). W tym kontekście imponujące pogromy słabeuszy robią się mniej imponujące – wystarczy, że Torres ma gorszy dzień, albo że trafia na obrońcę klasy Kinga czy Terry’ego, i w starciu Liverpoolu z rywalami z czołówki, to właśnie im dopisuje się punkty.
Wszystko to nie byłoby jeszcze poważnym powodem do niepokoju: w końcu nierówny początek sezonu ma także MU, Chelsea całkiem niedawno przegrała z Wigan, a do końca jeszcze wiele miesięcy. Poważnym powodem do niepokoju jest to, że Rafa Benitez stracił zaufanie właścicieli, a być może – także piłkarzy. O tej drugiej kwestii pisze Henry Winter: że kluczowi dla atmosfery w szatni Jamie Carragher i Steven Gerrard źle przyjęli słowa krytyki po meczu z Aston Villą (a przy okazji, że istnieje bariera między chłodnym perfekcjonistą Benitezem a zawodnikami; że dla Hiszpana są oni bardziej trybikami w maszynie niż ludźmi z krwi i kości, czego dowodem choćby jego zachowanie po urodzinach dziecka Torresa; Winter, współautor biografii Gerrarda, z pewnością wie, co pisze). O pierwszej, w sumie chyba ważniejszej, najpierw poinformowało jedno z kibicowskich forów, a w ślad za nim poszły gazety: przed meczem z Hull jeden ze współwłaścicieli Liverpoolu George Gillett spotkał się z krytycznymi wobec niego fanami i bardzo otwartym tekstem mówił, co sądzi o sytuacji w klubie. W przekonaniu Amerykanina Rafa Benitez miał wystarczająco dużo pieniędzy na transfery – w ciągu ostatniego półtora roku nawet więcej niż MU czy Arsenal. Pytanie brzmi, czy Hiszpan wydawał je sensownie: na ile wzmocnieniem, wartym płaconych za nich sum, okazali się tacy piłkarze jak Keane, Dossena, Babel, Ngog czy Aquilani (ten ostatni wciąż leczy kontuzję…).
To, czy Gillett ma rację, jest drugorzędne. Pierwszorzędne jest to, że właściciel klubu omawia takie sprawy za plecami menedżera i że jego wypowiedź wydostaje się do mediów – z pewnością podkopując pozycję Beniteza. Hiszpan, z jego legendarną drażliwością, tym razem ma prawdziwe powody, by poczuć się urażony.
Zmienia się też ton samych mediów. Tony Cascarino już porównuje bieżący sezon Liverpoolu z ostatnim sezonem Gerarda Houllier na Anfield Road: bo zbyt wiele zależy od małej grupki klasowych piłkarzy, bo zbyt wielu kupionych zawodników nie odpowiada klubowym standardom, bo najgorsza od lat czwórka obrońców dopuszcza do utraty głupich goli… To prawda: w Liverpoolu gra wciąż jeden z najlepszych (może najlepszy) napastnik świata i jeden z najlepszych pomocników świata, a Rafael Benitez strategiem jest wybitnym. Wygląda jednak na to, że rękę do transferów ma gorszą: zmiennicy tych najlepszych są o wiele, wiele gorsi.
A najśmieszniejsze (czy też najsmutniejsze, zależy od perspektywy) jest w tym wszystkim to, że minęło zaledwie osiem kolejek. To wciąż może być ten rok.
Skomentuj ~piotrek Anuluj pisanie odpowiedzi