Zawsze mi się wydawało, że Everton tak naprawdę zaczyna rozgrywki ligowe gdzieś około listopada. Około listopada, a nawet czasem jeszcze później, w styczniu, kiedy ściąga na kilkanaście meczów jakiegoś niezatrudnionego akurat w MLS Amerykanina albo wynajduje sobie napastnika, który zaczął się właśnie sprawdzać w lidze szkockiej. Czy naprawdę mamy dziś 20 sierpnia i piłkarze Davida Moyesa zakończyli pierwszy mecz w Premier League?
Zostawmy te żarty, zwłaszcza że przydadzą się nam na rozmowy o Wigan, które wchodzi w sezon jeszcze później, w okolicy marca. Zostawmy je, bo zasłużone zwycięstwo gospodarzy nad Manchesterem United nie zasługuje na podśmiechujki. Powinniśmy raczej bić brawo dla Moyesa i jego piłkarzy: za znakomitą grę w obronie (spójrzcie, jak wypychali gości z własnego pola karnego – na 172 podania MU w tzw. Attacking Third, tylko dwa przeszły przez szesnastkę Tima Howarda), za nieustępliwość w pomocy i za odwagę w atakowaniu.

W pierwszej połowie tylko bardzo dobra postawa Davida de Gei w bramce pozwoliła wicemistrzom Anglii obronić wynik bezbramkowy, po przerwie Hiszpanowi pomogła jeszcze poprzeczka, ale przy kolejnej akcji Fellainiego był już bezradny.
Spójrzcie z kolei, jak wykonywali rzuty rożne piłkarze Evertonu: wszystkie były bite w pole bramkowe, z nastawieniem na błąd golkipera, w końcu w tym kotle Belg znalazł sobie drogę do siatki – wcześniej zaś udanie zgrywał do Osmana i w ogóle był utrapieniem odpowiadających za defensywę piłkarzy MU.

Ustawiony teoretycznie tuż za Jelaviciem, ale wracający często na własną połowę begijski pomocnik konfundował Cleverleya i Scholesa, ale przede wszystkim biednego, tworzącego parę stoperów z Vidiciem i bezradnego przy ogromnym rywalu Carricka. Innym z bohaterów gospodarzy był prawy obrońca Tony Hibbert, bez problemów radzący sobie z Patricem Evrą (czy nie czas na znalezienie Francuzowi dublera albo wręcz następcy? czy świetnym kandydatem nie byłby tu kolejny z gwiazdorów Evertonu, Leighton Baines?), dobrze radzili sobie także Pienaar oraz Distin i Jagielka, Osman i Jelavić. Napisałem „bohaterów” i „gwiazdorów”? Zabawne, jak te słowa nie pasują do klubu, w którym bohater i gwiazdor jest zwykle zbiorowy.
W Manchesterze United patrzyłem przede wszystkim na Kagawę – i nie byłem rozczarowany. Współpraca Japończyka z Rooneyem układała się dobrze, do celności podań nie można się było przyczepić (zwłaszcza do tego, po którym strzał Cleverleya blokował przed linią bramkową Jagielka), ba: Kagawa miał nawet szansę na zdobycie wyrównującej bramki po tym jednym jedynym udanym podaniu w tym meczu Robina van Persiego. W końcówce goniący wynik MU grał z van Persiem, Rooneyem i Kagawą z przodu, utwierdzając mnie jedynie w przekonaniu, że znaleźć miejsce na boisku dla całej trójki nie będzie łatwo. Dziś po wejściu Holendra Anglik zszedł na prawą stronę, a Japończyk pozostał nieco cofnięty; trochę szkoda Rooneya na atakowanie z flanki.
W sumie: nadzwyczaj miły poniedziałkowy wieczór z Premier League taką, jaką lubimy, czyli otwartą, ofensywną, pełną zaangażowania. A że wczoraj podkreślałem coraz większą rolę w rozwoju angielskiej piłki przybyszów z Hiszpanii, dziś muszę dodać jeszcze jedną nację: Belgów. Mignolet, Kompany, Vermaelen, Dembele, Hazard, Fellaini, Lukaku, doprawdy, najwyższy czas na debiut Verthongena…
PS Toczył się pod poprzednim wpisem spór o Joe Allena. Wrzuciłem na Twittera obrazek podsumowujący jego grę z WBA, tu dopisuję jeszcze liczby, których obrazek nie mieści. 65 celnych podań z 68 (96 proc.), z czego połowa do przodu (23 na 24 w strefie obronnej WBA), wszystkie 8 długich znalazło swój cel. Do tego trzy udane wślizgi. Najlepsze statystyki w klubie, a przypomnę, że kilka z tych podań było podaniami „przedostatnimi”; dzięki podaniom Allena Gerrard czy Johnson dogrywali piłkę do Suareza. Co było do udowodnienia 😉
Skomentuj ~Tomas_h Anuluj pisanie odpowiedzi