Napisałem kilkanaście wariantów pierwszego zdania i wszystkie następnie wykreśliłem, w przekonaniu, że każde z nich już kiedyś pojawiło się w przestrzeni publicznej. To chyba największa trudność w zabieraniu głos na temat Arsenalu: wszystkie problemy zostały skatalogowane, wszystkie argumenty sformułowane, pozostaje tylko czekać, aż właściciel klubu podejmie jedyną w tej sytuacji słuszną decyzję, albo aż podejmie ją sam Arsene Wenger. Im szybciej Francuz przestanie być trenerem tej drużyny, tym lepiej dla wszystkich stron. Dla nas, żebyśmy nie mieli poczucia, że piszemy w kółko to samo. Dla coraz bardziej rozwścieczonych i sfrustrowanych kibiców. Dla drużyny, u której powtarzalność wciąż tych samych błędów można już uznać za rozpaczliwe wołanie o nowe otwarcie. Dla niego samego w końcu – żebyśmy zachowali choć trochę dobrych wspomnień na jego temat.
Z perspektywy kogoś, kto jeśli nawet nie dla Arsenalu, to przynajmniej dla jego trenera żywi choć trochę sympatii lub szacunku, dzisiejszy mecz z Liverpoolem był straszliwym doświadczeniem. Straszliwym przede wszystkim dlatego, że nie wydarzyło się w nim nic, czego w ostatniej dekadzie u Kanonierów nie oglądalibyśmy po wielokroć (no, może brak celnego strzału w trakcie całego meczu był jakąś nowością…). Miażdżąca przewaga fizyczna i szybkościowa rywali. Kłopoty na własne życzenie: straty po niepotrzebnych popisach (Xhaka, próbujący zagrać piętą do Cecha we własnym polu karnym i fundujący Liverpoolowi rzut rożny) i głupie faule, będące efektem nadmiernej brawury, która jak to prawie zawsze z brawurą bywa – ma zasłonić niepewność siebie. Brak jakiejkolwiek dyscypliny w kwestiach tak elementarnych, jak pamięć o zabezpieczaniu tyłów, kiedy drużyna atakuje. Brak komunikacji w formacji defensywnej, brak asekuracji ze strony drugiej linii, niewracający się po stracie gracze ofensywni… Przy pierwszym golu dla Liverpoolu w polu karnym była cała trójka środkowych obrońców Arsenalu, ale żaden nie wiedział, co robić. Ile takich bramek już widzieliśmy?
W katalogu spraw, o których napisano setki razy, jest i ta: brak liderów, którzy wzięliby za tę drużynę odpowiedzialność w sytuacji trudnej. Nie są nimi, wyraźnie myślący o odejściu Sanchez i Ozil, nie są też, co gorsza, Oxlade-Chamberlain (on bodaj też wygląda przez tegoroczne okienko transferowe) i Ramsey (niemiłosiernie ogrywany na Anfield przez Winjalduma). Patrząc na dzisiejszy Arsenal widzi się miłych i schludnych chłopców o ślicznych fryzurach, z których każdy z pewnością znakomicie prezentowałby się na promocyjnych filmikach przedstawiających podbijanie piłki w nieskończoność, pod warunkiem, że w tym podbijaniu nie przeszkadzałby mu żaden rywal. Jedyny, który wyłamywał się ostatnio z takiego opisu, Kolasinac, akurat podczas meczu z Liverpoolem zasiadł na ławce rezerwowych; nie tylko tą decyzję personalną zresztą można by kwestionować – wśród rezerwowych znalazł się przecież także Lacazette, a Bellerin w pierwszej połowie grał na pozycji, która wyjątkowo mu nie odpowiada – i oczywiście nie zablokował dośrodkowania niezłego skądinąd Joe Gomeza (inna sprawa, że zawalił też w drugiej połowie, gdy po rogu dla swojej drużyny dał sobie odebrać piłkę przy kontrze Liverpoolu).
KIedyś symbolem równowagi, która panowała w Arsenalu, był Patrick Vieira. Owszem: i on pędził do przodu, zgodnie z etosem tej drużyny, samemu prowadząc piłkę bądź wpadając w pole karne, by wykończyć akcję kolegów, przede wszystkim pamiętamy go jednak jako twardziela, który jak Gandalf – prędzej wpadłby w otchłań, niż pozwolił przedrzeć się rywalowi. Dziś symbolem nierównowagi, która panuje w Arsenalu, jest Xhaka. Pamiętamy go już z meczu przeciwko Leicester: tak, miał zasługi w dwóch akcjach bramkowych dla Arsenalu, ale ile wcześniej nabroił w grze obronnej? Ile błędów popełnił, ile chaosu wniósł? W każdym z trzech dotychczasowych spotkań sezonu gole dla przeciwników padały po jego niecelnych podaniach… czy mam w związku z tym przypominać, ile pieniędzy za niego zapłacono?
Może tylko Petra Cecha żal, który robił co mógł, żeby katastrofa nie przybrała rozmiarów dwucyfrowych. I Roba Holdinga, który zapewne w innym klubie mógłby zostać wyuczony na całkiem niezłego obrońcę, a który dziś został wystawiony na pośmiewisko. I Francisa Coquelina, który – jak wiadomo – prochu nie wymyśli, ale jedyny w tej drużynie rozumie chyba (a przynajmniej rozumiał kilkanaście miesięcy temu) zadania, jakie w piłce nożnej stawia się przed defensywnym pomocnikiem. Patrząc na resztę, ma się ochotę machnąć ręką.
Wiem, następny trener nie będzie cudotwórcą, wyniki nie poprawią się od razu, a może nawet drużyna znajdzie się w jeszcze większym kryzysie. Ale też spraw do uporządkowania jest mnóstwo: zbalansowanie na nowo kadry, kontrakty, polityka transferowa, skauting, sztab medyczny. Nade wszystko jednak, do uporządkowania jest trenerski elementarz. Napisane niedawno przez Jonathana Wilsona zdanie, że najjaśniejszym punktem kariery Mesuta Ozila w Arsenalu jest moment, w którym podpisał kontrakt, można zastosować do całej drużyny w tym sensie, że trudno w niej znaleźć piłkarzy, którzy zrobiliby w ostatnich miesiącach i latach postępy w grze. To po pierwsze, a po drugie: przyglądając się stylowi, w jakim Arsenal przegrywa kolejne mecze, trudno nie pytać, czy Wenger w ogóle rozmawia ze swoimi podopiecznymi o sposobie, w jaki grają przeciwnicy, czy też po prostu, niezależnie od okoliczności, chce, by grali swoje.
Wiem: mógłby ktoś powiedzieć, że skoro największym mocarstwem świata rządzi człowiek tak fantazyjnie niekompetentny jak Donald Trump, to nie ma co kruszyć kopii o trenera jakiegoś tam klubu w kraju, który w dodatku mocarstwem przestał być dobre kilkadziesiąt lat temu. A jednak kruszyć je trzeba, nawet ryzykując pisanie w kółko tego samego. Dopowiedzmy więc tylko, że pomnik Arsene’a Wengera powinien być wielki, bo też i jego zasługi są ogromne. Ale największą z dzisiejszej perspektywy zasługą Francuza będzie jak najszybsze odejście.
Dodaj komentarz