Liga Mistrzów jest po prostu stworzona dla chłopców Wengera: sędziowie są tu mniej liberalni, a pressing nie tak intensywny jak w Premiership. Wiedzieliśmy zresztą zaraz po losowaniu, że Arsenal ma najłatwiejszą drogę do ćwierćfinału i mimo wysiłków Łukasza Fabiańskiego ostatecznie okazała się ona łatwa. Fani Kanonierów martwili się wprawdzie, że w rewanżu z Porto nie zagrają Gallas i Fabregas (o van Persiem nie wspominając) i że zagra Nicklas Bendnter (kibicowski dowcip: dlaczego Duńczyk ma na koszulce numer „52”? Bo potrzebuje 52 sytuacji, żeby strzelić gola…), ale to, czego się obawiano, stało się ostatecznie atutem. Jak powiada Arsene Wenger, kolejny dowód na to, jak szybko zmienia się sytuacja w futbolu.
Jeden z podstawowych elementów piłkarskiej filozofii menedżera Arsenalu mówi, że najlepszą obroną jest atak. Ale atakować trzeba z głową, zabezpieczając tyły – zanim więc zaczniemy komplementować tercet Arszawin-Bendtner-Nasri, powiedzmy dobre słowo o pilnujących porządku w drugiej linii Songu i Diabym. Potem zauważmy, że Arszawin i Nasri rozegrali bodaj najlepszy mecz w sezonie: Rosjanin miał udział przy wszystkich golach i sam mógł strzelić kilka (tylko w pierwszej połowie: raz fantastycznie interweniował Helton, raz – po klepce Nasri-Diaby i podaniu Nasriego już z linii końcowej – Arszawin przeniósł piłkę nad poprzeczką). Francuz strzelił cudowną bramkę, wchodząc w pole karne mimo asysty trzech (!) piłkarzy Porto (to samo zresztą zrobił Arszawin, przed podaniem do Bendntera na 2:0 – czy zauważyliście, że w polu karnym było wtedy siedmiu piłkarzy gości i tylko trzech gospodarzy?), ale kilka minut wcześniej, przy stanie 2:0, nie pozwolił Porto wrócić do gry, wybijając piłkę z pustej bramki. Jeśli dodamy do tego kolejny dobry występ Rosicky’ego, musimy przyznać: Londyńczycy trafiają z formą w bardzo ważnym momencie.
Bombardowanie portugalskiej bramki rozpoczęło się niemal od pierwszej minuty. Arsenal atakował z pomysłem, wymiennością pozycji, niezwykle szybko nawet jak na swoje standardy podając piłkę, częściej niż zwykle używając skrzydeł (Clichy i Sagna byli przykładem, ile daje atakującej drużynie idący na obieg boczny obrońca – zwłaszcza kiedy rywal zagęszcza środek pola) i nie bojąc się uderzeń z dystansu, ale pierwszą bramkę zdobył po prostu po dalekim wykopie Almunii. Później było już „firmowo”: pass and move, pass and move, 11 strzałów i 197 podań tylko w pierwszej połowie, 20 i 333 w całym meczu… Arsene Wenger zaimponował decyzjami personalnymi: pozostawieniem na ławce Walcotta, mimo dobrego występu z Burnley, i postawieniem na rutynowanego Rosicky’ego (a później na bardziej zdyscyplinowanego taktycznie od młodego Anglika Eboue), nade wszystko zaś – daniem kolejnej szansy Bendnterowi po fatalnym z punktu widzenia skuteczności występie w sobotnim meczu ligowym. Wszystko, co wiemy o Duńczyku mówi wprawdzie, że nie brakuje mu pewności siebie, ale pewność siebie to jedno, a regularność rytmu meczowego, pozwalającego na czucie piłki i ustawienia – zupełnie coś innego. Menedżer Arsenalu martwił się wręcz po meczu, że Bendtner może stać się zbyt pewny siebie (posadzi go na ławce w następnej kolejce?), ale nie wiem, czy sam nie popełnia podobnego grzechu, życząc sobie natrafienia w ćwierćfinale na którąś z angielskich drużyn. Oczywiście: najpierw Chelsea i MU muszą do niego awansować.
Pamiętajmy więc: to tylko jeden mecz, na wstępnym stosunkowo etapie walki o zwycięstwo w Lidze Mistrzów, rywale w kolejnej rundzie będą o wiele mocniejsi – a przecież jest jeszcze Premiership… Mówiąc to, nie osłabiam przecież wczorajszej przyjemności. Kiedy za kilkanaście lat będę chciał wytłumaczyć dzieciom, na czym właściwie polegał ten słynny styl Arsenalu za czasów Arsene’a Wengera, wyciągnę z półki dvd z tym właśnie spotkaniem. Byle tylko, cholera, sprzęt, którego będą używać, zechciał odczytać coś tak przestarzałego jak dvd.
Skomentuj ~ThomasJefferson Anuluj pisanie odpowiedzi