Zastanawiają mnie źródła powszechnej niechęci do Franka Lamparda. Te niezliczone dowcipy na temat jego rzekomej tuszy, ten przeciek rzekomego kontraktu, te gwizdy na tylu stadionach… Wiem, że w reprezentacji często zawodzi (czy on jeden?), ale tak naprawdę podejrzewam, że w grę wchodzi jakiś rodzaj kompleksu klasowego: trudno znaleźć drugiego piłkarza angielskiego, który skończyłby równie elitarną szkołę, równie dobrze mówiłby językami itd.
Wspominam o tej kwestii z przyczyn oczywistych: Lampard był wczoraj jednym z najlepszych piłkarzy zespołu Guusa Hiddinka, a przebłysk jego geniuszu doprowadził do zdobycia przez Anelkę jedynej, jak się miało okazać, bramki. Bardzo ważne zwycięstwo z mnóstwa powodów: mecz toczył się nie tylko o trzecie miejsce po tym weekendzie, ale i, niewykluczone, wicemistrzostwo Anglii na koniec sezonu, bo – uwaga, uroczyście ogłaszam na dwanaście kolejek przed – nie wierzę, by ktokolwiek był już w stanie dogonić Manchester United. Nie na wszystkie pytania poznaliśmy wprawdzie odpowiedź (kwestia, czy Anelka i Drogba potrafią grać razem, pozostaje, moim zdaniem, nierozstrzygnięta), ale kibice Chelsea i towarzyszący jak cień Hiddinkowi Roman Abramowicz znów mogą mieć powody do zadowolenia.
Do wszystkiego, co powiedzieliśmy tu o Chelsea w ciągu ostatnich kilkunastu dni, dodam hipotezę, że przyjście do klubu trenera Rosji zostało uzgodnione jeszcze przed zwolnieniem Scolariego. Moment na dokonanie zmiany był zaiste idealny: najpierw przerwa na mecze reprezentacji, później spotkanie pucharowe z bardzo słabym rywalem, w sumie ponad tydzień na miękkie lądowanie. Holender zdążył poprowadzić kilka treningów (w tym – specjaliści od wizerunku, uczcie się, jak zdobywać sympatię – jeden otwarty dla mediów i publiczności), obejrzeć mecz rezerw, trochę zorientować się w angielskich obyczajach. A jeśli dodać do tego wiarę w efekt nowego menedżera: psychiczne wzmocnienie dla drużyny przyszło przed dwoma arcyważnymi meczami – z Juventusem i Aston Villą właśnie.
Ta ostatnia tym razem rozczarowała. Może to słabszy dzień Barry’ego (zwłaszcza na tle Lamparda, z którym wygrywa walkę o miejsce w pierwszej jedenastce Anglii), może wynik pewnego, hmmm, uproszczenia stylu gry po przyjściu Heskeya (wolniej, z mniejszą liczbą kombinacji, za to większą – wrzutek w pole karne)… Z drugiej strony, gdyby po wolnym Ashleya Younga odbita od poprzeczki piłka uderzyła kilka centymetrów głębiej…
Na temat Liverpoolu i Arsenalu nie będę się nadmiernie wyzłośliwiał. Odnotuję tylko wypowiedź Marka Lawrensona, niby eksperta, ale tak naprawdę zaprzysięgłego kibica swojego dawnego klubu: że trudno się rywalizuje o mistrzostwo z przeciwnikiem, który wpuszcza z ławki Teveza, gdy samemu trzeba polegać na rezerwowym nazwiskiem El Zahr. He, he, było sprzedawać Robbiego Keane’a? Albo Craiga Bellamy’ego, który strzelił dziś gola na Anfield jako piłkarz Manchesteru City?
Manchester United wciąż nie do zatrzymania. I wciąż z tym samym, niepoprawnym Ronaldo. W pojedynku z Blackburn znów oglądaliśmy dwie twarze Portugalczyka: fenomenalną bramkę i chamską próbę wymuszenia karnego. Szkoda, że Ryan Giggs wszedł dopiero na końcówkę…
Noc jest oscarowa, powiedzmy więc, że ta kolejka oscarowa nie była: bez sensacji, bez fajerwerków, z charakterystycznym dla całego sezonu wyrównanym poziomem wszystkich zespołów. Zaiskrzyło w ostatnich minutach meczu Stoke-Portsmouth, ale czym było to spotkanie w porównaniu z ubiegłorocznymi starciami Tottenham-Chelsea, Tottenham-Aston Villa czy Chelsea-Aston Villa, za każdym razem kończonymi remisem 4:4?
Czy oznacza to, że jest nudno? Najlepszą odpowiedzią jest moja rozpiska na najbliższy tydzień: jutro Tottenham gra z Hull, we wtorek i środę mecze Ligi Mistrzów, we czwartek Puchar UEFA, dopiero w piątek chwila oddechu i w sobotę od nowa…
A na razie Oscar za najlepszą drugoplanową rolę męską: Frank Lampard.
Skomentuj ~Mike Anuluj pisanie odpowiedzi