III runda Pucharu Anglii była to niezwykła runda, w której rozmaite znaki na niebie i ziemi zapowiadały jakoweś klęski i nadzwyczajne zdarzenia. Ale ja nie o tym. Nie o cudem uratowanym remisie Arsenalu z Leeds, nie o objętym niespodziewanie prowadzeniu Leicester w meczu z MC i koncowym remisie, podarowanym gospodarzom przez Joe Harta, nie o sensacyjnym zwycięstwie Stevenage Borough wreszcie, choć miałbym ochotę, bo drużynę tę lubię od czasu regularnych przedsezonowych sparingów Tottenhamu (na boisku Stevenage grywały przed laty rezerwy Kogutów i stąd ta życzliwość dla kopciuszka). Że pierwsza niedziela stycznia jest moją ulubioną datą, a takie zespoły jak Tamworth czy Havant & Waterlooville trzymam we wdzięcznej pamięci, pisałem już nieraz. Teraz chciałbym o Liverpoolu, i to nawet nie w kontekście usprawiedliwionej porażki z MU, tylko w kontekście powierzenia tej drużyny Kenny’emu Dalglishowi i tego, jak przedstawiły to angielskie media.
Powszechna narracja o tym, co w ciągu ostatnich dni wydarzyło się na Anfield Road, jest narracją o powrocie króla, i to powrocie w godzinie największej potrzeby. Nic to, że Dalglish przestał być menedżerem Liverpoolu 20 lat temu, jego ostatnia poważna praca (w Newcastle, epizodu z Celtikiem postanowiłem nie liczyć) zakończyła się zwolnieniem, a przez minione 10 lat, kiedy to i owo się jednak w futbolu zmieniło, nie miał z tym zawodem nic wspólnego. Najważniejsze, że jest klubową legendą, człowiekiem, który „ma Liverpool w sercu” i którego pokolenie dominujące dziś na Fleet Street pamięta jako idola czasów młodości. Chóru dziennikarzy witających go z zachwytem mogliby pozazdrościć Beatlesi w najlepszych latach.
W gruncie rzeczy i ja mam wszelkie powody, by życzyć mu sukcesu. Ja także pamiętam go z czasów młodości, ja także pozostaję w głębi duszy sentymentalnym chłopcem, układającym po cichu opowieści o powrocie do utraconej Arkadii i „dokończeniu niedokończonych spraw”. Ja także męczę się niewymownie, kiedy slogany o wspaniałej tradycji jednego z najwspanialszych klubów świata wypowiadają właściciele z Ameryki, szkoleniowcy z Hiszpanii czy piłkarze z Argentyny. A jednak coś mi nie pozwala uwierzyć w realizację tego scenariusza, i sam dobrze nie wiem, co. Populizm, o który podejrzewam podejmującego decyzję Johna W. Henry’ego? Podejrzenie, że skoro ściągnął nowoczesnego dyrektora sportowego (mam na myśli Damiena Comollego), to nie po to, żeby współpracował z kolejnym mamutem? Zniechęcające przykłady innych „mesjaszy”, wracających po latach na stare śmieci: Keegana i Shearera w Newcastle czy Hoddle’a w Tottenhamie? Bolesne doświadczenie z nieudanym powrotem Robbiego Keane’a na White Hart Lane? Oczywiście, właściciel ryzykuje niewiele: umowa jest do końca sezonu, czyli jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie czas na znalezienie właściwszego kandydata. Może więc mój kłopot polega tak naprawdę na tym, że martwię się o wizerunek samego Dalglisha, rzucony na szalę w tak niesprzyjającym momencie i postawiony tym razem nie naprzeciwko drużyny złożonej z oldskulowych Anglików, Walijczyków i Szkotów w stylu Barnesa, Rusha czy Hansena, którym niczego nie trzeba tłumaczyć, ale gromady młodych multimilionerów z całego świata, którzy może nie wiedzą dobrze, kim byli Bob Paisley czy Joe Fagan? Gdyby tak było, mielibyśmy do czynienia z zabawnym paradoksem: pozostając sentymentalnym chłopcem i z sentymentalnych powodów stawiam pod znakiem zapytania coś, co innych sentymentalnych chłopców zachwyca…
Roya Hodgsona mi żal, ale jego odejście od kilkunastu dni wydawało mi się nieuniknione. Dzisiejsza porażka była, jak napisałem, usprawiedliwiona, zwłaszcza po tym, jak Howard Webb kolejny raz na Old Trafford wyciągnął karnego z kapelusza (Gerrarda bronił nie będę). Stopniowe osuwanie się Liverpoolu w coraz poważniejszy kryzys obserwujemy w gruncie rzeczy od porażki w finale Ligi Mistrzów w 2007 r. Patrząc na obecny skład i formę drużyny trudno mieć złudzenia: wychodzenie z tego kryzysu potrwa jeszcze jakiś czas, zwłaszcza że rywali w tym czasie zrobiło się jakby więcej. Pełen nienajlepszych przeczuć wypowiadam życzenie, aby Kenny Dalglish nigdy nie szedł sam.
Dodaj komentarz