Perwersyjnie nie zacznę od Chelsea-Manchester, wielkiego rewanżu za Ligę Mistrzów i tak dalej – perwersyjnie powiem, że najciekawszy wydał mi się mecz Liverpoolu ze Stoke. Wszyscy spodziewali się przecież spacerku gospodarzy, mówiło się, że to najlepsza okazja, aby Gerrard strzelił swoją setną, a Keane swoją pierwszą bramkę w barwach klubu, typowano 3:0 albo 5:0… Wiecie, jak się skończyło? „Nie podam ci wyniku, ale nie spodziewaj się goli” – powiedziała kiedyś Mama, wręczając mi kasetę wideo z zaległym meczem.
Oczywiście pomeczowe komentarze zdominowała kwestia nieuznanej bramki (nieuznanej – dodajmy – z bliżej niezrozumiałych powodów), strzelonej przez Gerrarda już w 76. sekundzie. Gdyby sędzia Marriner ją zaliczył, być może rzeczywiście doszłoby do pogromu. Tymczasem Stoke przetrwało oblężenie, zapisując kolejną po zwycięstwie nad Aston Villą znaczącą kartę w króciutkiej historii występów w Premiership: pierwszy mecz bez straconego gola, i to na Anfield Road. Jose Mourinho powiedziałby wprawdzie, że przyjechali autobusem, który zaparkowali we własnym polu karnym, ale darujmy sobie złośliwości: na tym stadionie przegrywali najlepsi.
Potknięcie Liverpoolu wykorzystał Arsenal. Szybko zdobyta przez Bolton bramka wyraźnie rozsierdziła Kanonierów, którzy odpowiedzieli trzema golami, a przecież tradycyjnie okazji mieli dużo więcej (dwukrotnie gospodarzy ratował słupek). O Smolarku nie ma co pisać, warto natomiast pisać o Nicklasie Bendtnerze i dołączyć jego nazwisko do listy genialnych młodzieńców Wengera. W poprzednim sezonie odnosiłem wrażenie, że jedyną zaletą Duńczyka jest wzrost, pamiętam też, jak w półfinale Pucharu Ligi wrzeszczał na niego Adebayor – ale to był poprzedni sezon. Dziś Bendtner nie dość, że imponował precyzją podań otwierających kolegom drogę do bramki, to sam ją znalazł, zdobywając gola na 1:2.
Ozdobą soboty był jednak mecz West Hamu z Newcastle i debiut na ławce gospodarzy… nie, nie Gianfranco Zoli, a właściwie nie tylko Gianfranco Zoli, ale kolejnej dawnej podpory Chelsea – Steve’a Clarke’a. To współpracownika Mourinho, Granta i Scolariego, a obecnego asystenta Zoli podejrzewam o przeszczepienie na grunt West Hamu ustawienia, w którym zwykle gra drużyna ze Stamford Bridge. Mecz był otwarty, a Newcastle wcale nie wypadło źle. Może raczej należałoby powiedzieć, że biednemu wiatr w oczy: pierwszy gol dla Młotów padł po gigantycznym rykoszecie, później Srokom należał się karny za rękę Scotta Parkera, a o wszystkim przesądziła druga bramka dla WHU, zdobyta po frajerskim zachowaniu Colocciniego (widzieliście kiedyś środkowego obrońcę, który obraca się plecami do napastnika w obawie, że mógłby oberwać piłką?). Z pewnością zamieszanie wokół klubu nie sprzyja piłkarzom Newcastle, przepiękny gol Owena pokazuje jednak, jaki potencjał może się uwolnić, jeśli sprawy poza boiskiem zostaną uporządkowane.
A niedziela? Niedziela była taka, jak lubimy: piłka od południa do późnego wieczora, kiedy można było oglądać retransmisje spotkań rozgrywanych wcześniej równolegle. Zaczynały West Bromwich i coraz bardziej lubiana przeze mnie Aston Villa. Pisałem to już kilkakrotnie, ale powtórzę: jeśli ktoś ma zakłócić spokój Wielkiej Czwórki, to właśnie drużyna Martina O’Neilla, zespół młody i brytyjski, świetnie zorganizowany i grający bardzo szybko. Oczywiście pod warunkiem, że nie przyjdą jakieś Liverpoole i Manchestery i nie kupią Barry’ego, Agbonglahora czy Younga…
Pozostanę też przy swoim sceptycyzmie co do szans Manchesteru City, mimo iż rozstrzelanie Portsmouth było wyjątkowo spektakularne. Zespół Marka Hughesa nie potrafi jeszcze ustabilizować formy – i nawet taki fajerwerk nie oznacza, że za tydzień nie potknie się z wyjątkowo niewygodnym w tym sezonie Wigan.
Jak widać robię, co mogę, żeby nie pisać o starciu na Stamford Bridge, a zwłaszcza o innym remisie w Londynie, więc słówko jeszcze o beniaminkach. Skazane na pożarcie Stoke i Hull wciąż pozostają twardym orzechem do zgryzienia; piłkarzom tej drugiej drużyny zabrakło doświadczenia i – mając dwubramkową przewagę na 17 minut przed końcem – nie potrafili dowieźć zwycięstwa (z drugiej strony po wejściu na boisku Luisa Sahy Everton po raz pierwszy w tym sezonie wyglądał naprawdę przekonująco).
Wobec meczu Chelsea-MU zachowywałem sceptycyzm. Myślałem raczej o tym, jak angielska prasa umie podgrzewać atmosferę, kreować oczekiwania na wielki spektakl, rewanż za Moskwę, odkupienie win Terry’ego. Z dużej chmury spadł jednak kapuśniaczek – choć przyznaję, że oglądałem tylko 45 minut, ze zrozumiałych względów przerzuciwszy się potem na Tottenham.
Transmisji telewizyjnej meczu z Wigan nie było, więc słuchałem radia. I chyba lepiej, bo z tego, co mówili przychylni zazwyczaj Kogutom komentatorzy lokalnej stacji BBC, zespół Juande Ramosa nie wyglądał jak drużyna z Premiership. Buczenie słyszałem i w przerwie, i – jeszcze głośniejsze – po końcowym gwizdku; bodaj czy nie najwyraźniejszy znak tego, że ktoś to w ogóle oglądał. „Terrible Tottenham” – napisała jedna z gazet, a portale kibicowskie zachodzą w głowę, co się właściwie stało z tą drużyną. Nie chodzi przecież tylko o to, że nowi piłkarze jeszcze się w niej nie zadomowili, ale i o to, że starzy sprawiają wrażenie, jakby zapomnieli o swoich umiejętnościach. Uderza nie tylko impotencja ataku, ale i kompletny brak kreatywności drugiej linii. Co się stało z Bentleyem? Zostawił prawą nogę w Blackburn? A co się stało z Juande Ramosem, zmieniającym co mecz pół składu i wcale nie będącym przez to bliżej odpowiedzi, jaki jest najlepszy? O tym, że Tottenhamowi należał się w tym meczu karny, właściwie nie ma sensu pisać: z pewnością by go nie strzelili.
We środę Newcastle podejmuje Tottenham w trzeciej rundzie Pucharu Ligi. Drużyny o tak wielkich aspiracjach zajmują przedostatnie i ostatnie miejsce w tabeli Premiership – i jedyny pożytek z tego meczu, że przynajmniej jednej z grup smutnych kibiców poprawi się humor. Potem kolejka ligowa i Tottenham w Krakowie. Cóż, jeszcze tydzień temu nie spodziewałem się, że to powiem: w przyszły czwartek faworytem może być Wisła.
Dodaj komentarz