Jeśli zważyć, że skład wyglądający jak szykowany na Carling Cup walczy jak równy z równym z drużyną pretendenta do tytułu, a o porażce decyduje jedynie niezdyscyplinowanie jednego z debiutantów i pechowy rykoszet (może też: błąd sędziego przy spalonym…), Arsene Wenger może mieć powody do zadowolenia. Oto kolejne pokolenie jego podopiecznych ewidentnie ma papiery do bycia wśród najlepszych – nawet przypominający Essiena Frimpong, który mimo gorącej głowy imponował w roli defensywnego pomocnika (na prawej obronie podobał się Jenkinson, choć w końcówce dopadły go skurcze, przyzwoicie zastąpił Koscielnego Miquel, witany po wejściu na boisko entuzjastycznymi ćwierknięciami Fabregasa)…
Szklanka w połowie pełna, można by powiedzieć, gdyby nie to, że punkty pojechały na Anfield i że w przypadku Arsenalu nawet w obecnej sytuacji kadrowej i, by tak rzec, emocjonalnej, nie można przyjmować założenia, że remis na własnym boisku jest sukcesem. A więc szklanka w połowie pusta, tym bardziej że także gra Arsenalu – uczciwie będzie zauważyć: gra obu drużyn – odbiegała od standardów, do jakich przywykliśmy: szybkiej, technicznej, nieograniczonej jedynie do strzałów z daleka czy stałych fragmentów gry. Wenger z pewnością będzie miał pożytek ze Szczęsnego, Jenkinsona, Frimponga i Ramseya, do których możemy doliczyć Wilshere’a, van Persiego czy Walcotta (nawet jeśli Jose Enrique całkowicie wyłączył z gry tego ostatniego), ale to wciąż za mało, by myśleć o tym, o czym coraz głośniej i bardziej niecierpliwie mówią kibice Arsenalu i piszący o nim dziennikarze. Środowy pojedynek z Udinese, w którym przyjdzie bronić minimalnej przewagi z pierwszego spotkania, będzie dla Arsenalu najważniejszy od lat, a spowijającą go aurę niepewności wyczuć można nawet z Krakowa. Jeśli Arsene i jego Arsenal nie zakwalifikują się do Ligi Mistrzów, jeśli przegrają w weekend z Manchesterem United, jeśli odejdzie Nasri, jeśli nie odbuduje się fatalny wczoraj Arszawin (pamiętacie, jak w kwietniu 2009 strzelił Liverpoolowi cztery gole – co się z nim stało od tamtej pory?), jeśli nerwy piłkarzy i menedżera nadal będą tak dawać znać o sobie (drugi mecz – druga czerwona kartka, a przecież za kadencji Wengera Kanonierzy zebrali ich bodaj 90)… Menedżer Arsenalu ma świętą rację, mówiąc, że można wydać kupę kasy i nadal mieć kiepską drużynę – wiem coś o tym, jako kibic Tottenhamu od 25 lat… – ale tym razem bez wzmocnień nie da sobie rady. Na liście gotowych do gry w tej drużynie piłkarzy z drygiem do gry obronnej są Chris Samba, Gary Cahill, Phil Jagielka, Per Mertesacker i wreszcie Scott Parker – wydaj wreszcie te cholerne pieniądze, Arsene.
Czy to musiało się tak potoczyć? Jak wielu niespełnionych prozaików, kibicujących w dodatku niespełnionym drużynom, mam skłonność do snucia historii alternatywnych. Kwestię, co by było, gdyby Szczęsny z Koscielnym do spółki nie zawalili bramki w finale Pucharu Ligi, rozważał już niejeden, ale po wczorajszym meczu istotniejsze wydaje mi się pytanie, co by było, gdyby we wrześniu 2010 kontuzja nie wyłączyła z gry niemal do końca sezonu Tomasa Vermaelena. Przeciwko Carrollowi obrońca Arsenalu grał znakomicie, znakomicie też dyrygował młodszymi kolegami, nawet gdy po zejściu Koscielnego musiał grać bliżej prawej strony. Gdyby zamiast spędzić dziewięć miesięcy u lekarzy i fizjoterapeutów, Belg tydzień w tydzień mógł grać, kto wie… może Arsenal nie zająłby drugiego miejsca w grupie Ligi Mistrzów i nie trafiłby na Barcelonę tak wcześnie, może powalczyłby o tytuł mistrza Anglii, miałby Puchar Ligi, może Fabregas i Nasri nie myśleliby o odejściu…
Słówko o Liverpoolu, kolejny raz nieefektownym jak za czasów Hodgsona, ale jak nie za Hodgsona efektywnym. Uznanie za grę pressingiem, krytyka za niecelne tym razem dogrania Downinga, zachowawczą postawę Hendersona (podania zazwyczaj celne, ale bez ryzyka), nade wszystko jednak pochwały za zmiany: Meireles świetnie odnalazł się między liniami, czyli tam, gdzie zabrakło Frimponga, a ruchliwość Suareza znakomicie zrównoważyła fizyczne walory Carrolla. Ten zespół wciąż jeszcze wygląda na niezgrany, ale patrząc na jego potencjał kadrowy podtrzymuję przedsezonowe prognozy: zajdą daleko, nawet jeśli nie będą nas przy tym – poza Suarezem – zachwycać.
Skoro o zachwytach mowa: drugi mecz Andre Villas-Boasa w Chelsea i wciąż te same problemy, które trapiły tę drużynę także w czasach Carlo Ancelottiego. Szczęśliwie coraz więcej ekspertów uważa, że ich rozwiązanie nie leży w środku pola (a więc nie o sprowadzenie Modricia chodzi), ale na skrzydłach, skąd zdecydowanie więcej wsparcia powinno płynąć dla Torresa (a więc chodzi o sprowadzenie Maty, który zresztą także w środku da sobie radę). Już zdecydowanie najlepiej ze wszystkich tzw. pretendentów wypada Manchester City, którego menedżer wreszcie zdecydował się na grę dwójką napastników, poświęcając w pierwszym składzie Nigela de Jonga. Gra bez piłki Silvy i głęboko cofającego się po nią Aguero, finezja tych dwóch uzupełniona siłą wszędzie indziej na boisku – także wreszcie będącego w świetnej formie Dżeko… Pytanie dnia zadał dziś mój Naczelny: czy w takiej drużynie Samir Nasri będzie kimś więcej niż rezerwowym, bo że Mancini poświęci któregoś z defensywnych pomocników, żeby znaleźć miejsce dla Francuza wydaje mu się nieprawdopodobne. Nawet on jednak, przy całym swoim sceptycyzmie przyznać musiał, że solidność w tej drużynie wreszcie zaczyna dopełniać styl. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że David Silva wyrasta na najlepszego piłkarza tej ligi…
Dodaj komentarz