David Beckham wypożyczony do Tottenhamu, na dwa-trzy miesiące przerwy w rozgrywkach Major League Soccer? To może mieć sens.
Po pierwsze, z powodów marketingowych. Jak bardzo nie zastrzegałby się Harry Redknapp, że w tak krótkim czasie trudno liczyć na wzrost dochodów ze sprzedaży koszulek i gadżetów, a bilety na White Hart Lane i tak rozchodzą się jak ciepłe bułeczki, to sprowadzenie ikony współczesnej piłki wydaje się logicznym krokiem w budowaniu marki klubu. Od paru miesięcy Tottenham gra w Lidze Mistrzów, będąc w niej powiewem świeżego powietrza; z Beckhamem na pokładzie będzie jednak nieco bardziej globalny. Jedni w podobnym celu sprowadzają japońskiego piłkarza (Tottenham zresztą też to zrobił przed laty), inni zaczynają negocjacje z człowiekiem, który w reprezentacji Anglii zagrał dotąd 115 razy i jest na najlepszej drodze do uzyskania tytułu szlacheckiego.
Po drugie, z powodów sentymentalnych. Dziadek Beckhama, Jonathan West, był wielkim kibicem Tottenhamu i odprowadzał chłopca na zajęcia szkółki piłkarskiej tego klubu; Beckham mówił o tym choćby podczas angielskiej prezentacji, kiedy FIFA wybierała gospodarza mundialu 2018 r. (czego wówczas nie powiedział, ale co warto dodać: podczas pogrzebu dziadka miał na sobie jego garnitur z herbem Tottenhamu). Dorastał niedaleko ośrodka szkoleniowego, a jego „Beckingham Palace” również znajduje się o rzut beretem od Chigwell.
Po trzecie, z powodów wewnętrznych. Wszyscy, którzy mieli z nim do czynienia w klubach czy reprezentacji mówią, że Beckham ma „aurę”, i nie jest to bynajmniej aura celebryty. Jako piłkarz jest profesjonalistą, jako megagwiazda jest koleżeński: Theo Walcott opowiada, ile skorzystał na wspólnych treningach, kiedy w 2008 r. Becks wracał do zdrowia po kontuzji, ćwicząc z pierwszą drużyną Arsenalu i zostając po zajęciach, żeby pomóc młodziutkiemu skrzydłowemu. Podobną rolę spełniał kiedyś wobec młodziutkiego Aarona Lennona Edgar Davids; dziś Lennon dośrodkowuje znacznie lepiej, ale wciąż niejednego mógłby się nauczyć. Tak samo jak Tom Huddlestone, który akurat piłkę podaje znakomicie, ale podobnie jak Beckham nie należy do szybkich, więc mógłby pobrać parę lekcji, jak ustawiać się na boisku, kiedy rywale kontratakują.
A więc po czwarte: z powodów sportowych. Zawsze miałem poczucie, że choć wygrywał w cuglach konkursy na najbardziej przecenionego piłkarza świata, to był może piłkarzem najbardziej niedocenionym. Wszystkie te opowieści o kontraktach reklamowych, fryzurach i tatuażach, pomniku z czekolady albo figurce w świątyni buddyjskiej, przesłaniały prostą prawdę, że Beckham umie grać w piłkę i że na boisku nie ma w sobie nic z gwiazdora. Punktem zwrotnym w jego biografii byłby niewątpliwie feralny mecz z Argentyną na mundialu we Francji i czerwona kartka za faul bez piłki na Diego Simeone. Gwiazdkę Manchesteru United uczyniono wówczas, poniekąd słusznie, winną odpadnięcia świetnie grającej drużyny z mistrzostw świata. Na wszystkich angielskich boiskach przez następne miesiące był niemiłosiernie wygwizdywany, podczas jednego z meczów reprezentacji kibice (kibice?!) wrzeszczeli: „Mamy nadzieję, że twój syn umrze na raka”, a jeden z brukowców wydrukował nawet jego podobiznę do naklejenia na tarczę do rzutków.
Wyszedł z tego mocniejszy. Rok później jego rzuty rożne przesądziły o zwycięstwie MU w Lidze Mistrzów. W 2001 r. wytrzymał niewiarygodną presję i w 91. minucie przegrywanego dotąd meczu z Grecją zapewnił Anglii awans do mistrzostw świata niewiarygodnym rzutem wolnym. Na samym mundialu, nie w pełni formy po złamaniu stopy, strzelił decydującego karnego w meczu z tą samą Argentyną. I tak dalej, i tak dalej. Kiedy oglądam czasem jakieś mecze z jego udziałem, wciąż widzę, jak wraca za swoim obrońcą, jak odbiera piłki, jak podaje, jak mobilizuje kolegów, jak strzela. Owszem, wolałbym nie wiedzieć, że jacyś zwariowani Japończycy robili sobie operacje plastyczne, żeby wyglądać tak jak on. Ale, do licha, czy z takiego powodu przestaje się być dobrym piłkarzem?
Redknapp mówi, że w kwestii obsady prawej pomocy będzie potrzebował zmiennika dla Lennona, bo David Bentley niemal na pewno odejdzie z klubu (skądinąd Bentley zapowiadał się niegdyś na następcę Beckhama, talentu mu nie brakowało, ale głowa nie wytrzymała – to zasadnicza różnica między dwoma panami DB). Wyobrażam sobie Beckhama wchodzącego na końcówkę meczu, w którym trzeba bronić korzystnego wyniku, nadającego tempo grze i precyzyjnie dośrodkowującego na głowę Croucha nawet sprzed własnego pola karnego.
Po piąte, nauczyłem się wierzyć Harry’emu Redknappowi. „Facet jest miliarderem, gdyby chciał, mógłby sobie kupić sobie każdy klub w tym kraju, a przecież zamiast zbijać bąki w słonecznym Los Angeles, chce tu przyjechać i grać w piłkę na przeraźliwym zimnie. To mówi o nim wszystko. On wciąż kocha ten sport, i nie robi tego dla kasy” – mówi menedżer Tottenhamu, a że się nie myli w kwestiach ryzykownych transferów pokazuje choćby przykład Williama Gallasa.
Czy do wypożyczenia Beckhama dojdzie, nie wiadomo. Ale jeśli do niego dojdzie, ze wszystkich powyższych powodów mam ochotę sprawić sobie koszulkę z jego numerem. W końcu nigdy dotąd tego nie zrobiłem.
PS Pod ostatnim wpisem na podjęcie szerszej dyskusji zasługują co najmniej dwie kwestie: podniesiona przed Dziaama sprawa rotacji w kadrze Arsenalu (mój ostrożny pogląd jest taki, że Wenger po prostu zmienił zbyt wielu graczy; lekcja Fergusona czy nawet Beniteza z dobrych lat Liverpoolu, to rotacja permanentna, ale szanująca kręgosłup drużyny). Erictheking87 pyta z kolei o angielskich młodych zdolnych – i do tego faktycznie trzeba będzie wrócić osobno. O odejściu z Liverpoolu Xabiego Alonso nie pisałem, bo z tym problemem zmagał się już Benitez; zgadzam się z tymi, którzy piszą, że Meireles to udany transfer – problem w tym, że zbyt często ustawiany jest nie tam, gdzie radzi sobie najlepiej. Ale o Liverpoolu też pewnie jeszcze porozmawiamy; Roger_Kint, trzymamy za słowo.
Dodaj komentarz